13 grudnia, 2016

Rozgrzewająca serce historia z gorącą Australią i mroźną Szkocją w tle (Świąteczna kafejka - Amanda Prowse)

Autor: Amanda Prowse
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 272

„Nigdy nie zapominaj, że życie jest wyłącznie dla odważnych.
Mamy tylko tę jedną jedyną szansę do wykorzystania!”





Kiedy jest najlepszy czas na czytanie urokliwych miłosnych opowiastek ze świątecznym klimatem, jak nie w grudniu, kiedy zaczyna lekko prószyć śnieg, a wielkie porządki i przygotowania nastrajają już do tego wyjątkowego okresu w roku? Ja osobiście uwielbiam wtedy sięgać po takie utwory i wprowadzać więcej bożonarodzeniowej atmosfery do swojej, jeszcze niestety szarej i szkolnej, rzeczywistości. W tym roku miałam już okazję sięgnąć po świeżutką premierę Wydawnictwa Kobiecego, a mianowicie „Świąteczną kafejkę” Amandy Prowse.

Powieść opowiada o Bei, która jest już po pięćdziesiątce i właśnie doświadczyła straty męża. Kobieta bardzo go kochała i świeżo po tej tragedii czuje się niesamowicie samotna. Rzuca się więc w wir pracy, od rana do wieczora zajmuje się swoją kawiarnią i stara się o niczym innym nie myśleć. Jej lokal szybko zyskuje duże uznanie i coraz większą liczbę gości. Pewnego dnia Bea otrzymuje maila od niejakiej Alex McKay, właścicielki kafejki w Edynburgu, z którą rozpoczyna internetową znajomość. Szybko nawiązują nić porozumienia i wymieniają coraz więcej wiadomości. W końcu pod wpływem chwili i za lekką namową swojej wnuczki Flory, kobieta postanawia wybrać się na przedświąteczną wycieczkę do Szkocji i odwiedzić Alex. Nie wie jeszcze, że ta podróż odmieni jej dotychczasowe życie, a dawno skrywane sekrety będą musiały wyjść na jaw...

Święta Bożego Narodzenia to taki czas w roku, który kojarzy się przede wszystkim z rodziną, z ciepłem, przebaczeniem, radością i miłością. To czas, w którym maleńkie uczynki, takie jak pomoc mamie w przygotowaniu wigilijnej kolacji, wspólne ubieranie choinki, podarowanie najbliższym ręcznie wykonanych prezentów, czy rodzinny wieczór na kanapie spędzony na oglądaniu po raz milionowy Kevina samego w domu, liczą się po stokroć bardziej i umacniają więzi między domownikami i krewnymi. To również czas mniejszych i większych cudów, które bez względu na swój rozmiar i zasięg są ogromnie wartościowe. Właśnie jednego z takich cudów doświadcza Bea, kobieta, która wiele w swoim życiu wycierpiała, wiele straciła i wiele poświęciła. To także kobieta, która od zawsze marzyła o wielkiej rodzinie, z którą mogłaby spędzać wspaniałe chwile w święta i nie tylko, pragnęła gwaru rozmów i tłoku przy domowym stole. Jej życie jednak potoczyło się tak, a nie inaczej i przez jego większość nie mogła tego zrealizować. Dopiero w jesieni jej życia przytrafia jej się coś niesamowitego, najprawdziwszy cud, do którego doprowadziła ją okrutna tęsknota i miłość. Amanda Prowse pokazuje, że każdemu z nas może przydarzyć się coś niezwykłego i zawsze warto mieć nadzieję, mimo że psotny los nieraz daje nam powody do zwątpienia.

„Świąteczna kafejka” to powieść dosyć melancholijna, sentymentalna, ukazująca te najskrytsze pragnienia i tęsknoty kobiecego serca. Bea jest kobietą już dojrzałą, która dużo przeszła, wiele doświadczyła, a więc wszystko, co jej się przydarza traktuje z niesamowitym spokojem i wydaje się, że nie ma już dla niej sytuacji, w której mogłaby to opanowanie stracić. A jednak kiedy do głosu dochodzą silne uczucia, te pierwsze, nieskażone jeszcze pewną świadomością świata, nawet taka kobieta jak Bea traci ogładę. Naprawdę piękne jest to, jak ludzkie zachowanie zmienia się pod wpływem emocji, jak w ich obliczu wiek przestaje odgrywać rolę! Historia Bei jest wspaniałym przykładem tego, że nigdy nie jest za późno, by spełniać swoje marzenia i realizować się w pełni jako kobieta.

Polecam serdecznie tę powieść wszystkim kobietom - tym młodszym i tym starszym, bo z pewnością każda odnajdzie coś wartościowego w tej historii. Może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale niezwykle przyjemna lektura na świąteczny czas i nie tylko, która oprócz świetnej rozrywki i relaksu dostarczy czytelnikom również mnóstwa refleksji i wniosków na między innymi kwestie rodzinne, tak istotne w tym bożonarodzeniowym okresie!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiecym :)

05 grudnia, 2016

Superbohaterki trafiają do liceum! (Wonder Woman w Super Hero High & Supergirl w Super Hero High - Lisa Yee)

Autor: Lisa Yee
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 280 & 240

Wonder Woman i Supergirl to postaci znane niemal każdemu, kto w jakikolwiek sposób interesuje się szeroko pojętą kulturą. Bohaterki te zostały początkowo wykreowane na potrzeby komiksów DC Comics, a z czasem zaczęły powstawać o nich także filmy, seriale i właśnie książki. Te, można już powiedzieć - symbole amerykańskiej popkultury, przyjmowały dotychczas wiele różnych odsłon, ich historie, cechy i ogólny wizerunek modyfikowano na różne sposoby. Byłam niezmiernie ciekawa, jak przedstawiła je Lisa Yee, umieszczając je w książkach bardzo lekkich, młodzieżowych, opowiadających de facto o znanych wszystkim superbohaterach, ale wcielonych w role nastolatków. Okazało się, że powstały dwie bardzo przyjemne, bardzo proste historyjki, które będą czymś fantastycznym dla młodych czytelników!

Akcja obydwu powieści toczy się w Super Hero High, czyli w szkole dla młodych superbohaterów, którzy chcą nauczyć się, jak zapanować nad swoimi mocami, jak je ujarzmić i w pełni je kontrolować. Najpierw do owej placówki trafia Wonder Woman - księżniczka Amazonek z wyspy Themyscira, córka słynnej Hipolity, dziewczyna niezwykle życzliwa, której jednak brakuje obycia w szkolnej, nowoczesnej społeczności. Przeżywa w szkole mnóstwo przygód, uczy się wielu rzeczy i zawiązuje przyjaźnie. Kiedy Wonder Woman już na dobre zadomawia się w Super Hero High, do szkoły przybywa nikt inny, jak Supergirl! To pokrzywdzona przez los dziewczyna, która w ułamku sekundy straciła rodzinę, dom i całą swoją planetę. Ciężko jest jej zaadaptować się w nowym środowisku, jednak z czasem ona także staje się częścią tej wielkiej superbohaterskiej drużyny.

Powieści z serii Super Hero High to bardzo dobry wybór dla młodszych czytelników. Historie są proste, nieskomplikowane fabularnie, język jest niezwykle przystępny i łatwy w odbiorze, a sama treść na pewno zrobi na dzieciakach, czy też młodszej młodzieży świetne wrażenie. Nie jest to może nic innowacyjnego, bo przygody nastolatków z supermocami i wyjątkowa szkoła, do której aż chce się chodzić to motywy, które już nie raz i nie dwa z literaturze się pojawiały, ale mimo wszystko te powieści czyta się z zainteresowaniem. Pojawia się w nich wiele postaci z uniwersum DC Comics, co na pewno będzie gratką dla jego miłośników. Imion i pseudonimów jest bardzo dużo, dlatego warto wcześniej choćby oględnie się z tym właśnie uniwersum zapoznać, żeby lepiej móc wyobrazić sobie wszystkich bohaterów.

Większość fabuły opiera się na zajęciach szkolnych, podczas których bohaterowie uczą się historii swoich przodków, projektują i szyją dla siebie stroje, a także trenują fizycznie i rozwijają swoje moce. Obserwujemy także relacje pomiędzy uczniami - zawiązywanie przyjaźni, sporów, a nawet pierwsze miłości. Każda z tych historii ma oprócz tego swój jeden wyjątkowy wątek, wydarzenie, do którego od początku dąży cała historia. Wszystko to czyta się przyjemnie, ale brakuje mimo wszystko jakichś elementów zaskoczenia, większych zwrotów akcji, czegoś, co wywołuje w czytelniku emocje. Podobnie jest w przypadku bohaterów, z których każdy jest na swój sposób ciekawy i oryginalny do tego stopnia, że czytelnik chciałby zgłębić dokładnie ich charaktery i zachowania, ale niestety Lisa Yee traktuje swoje postaci nieco po łebkach i czytelnik dostaje ich bardzo oględny wizerunek.

Warto zwrócić uwagę na wydanie książek z serii Super Hero High, które jest na naprawdę wysokim poziomie. Są to powieści w twardych okładkach z pięknymi ilustracjami zarówno z przodu, jak i z tyłu, utrzymanych w żywych, dynamicznych kolorach, przyciągających oko czytelnika i ozdobionych metalicznymi elementami. W środku znajdziemy na każdej stronie wzory charakterystyczne dla stylu komiksów DC Comics, które są bardzo fajnym dopełnieniem historii superbohaterek. Papier jest dobrej jakości, a czcionka duża, co zdecydowanie ułatwia lekturę młodszym czytelnikom, a starszym zwiększa tempo czytania.

Podsumowując, polecam obie te książki czytelnikom młodszym, którzy nie mają jeszcze wiele doświadczenia jeśli chodzi o literackie przygody. Te proste historie z pewnością przypadną do gustu dzieciakom, podejrzewam, że szczególnie dziewczynkom, a gdyby tak jeszcze dołączyć do nich filmy i lalki z tej serii... taki zestaw może sprawić naprawdę wiele frajdy!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Jaguar :)

19 listopada, 2016

Koszmar, którego obawia się każda matka (Zaginiony - C.L.Taylor)


Autor: C.L.Taylor
Wydawnictwo: Burda Książki
Ilość stron: 300

Ktoś wie, co przydarzyło się jej synowi...









C.L. Taylor to brytyjska pisarka, która przez rodzimych czytelników uznawana jest za królową mrocznego thrillera psychologicznego. W swoich książkach, które bardzo często stają się bestsellerami i cieszą się ogromną popularnością, przedstawia ona ciemną stronę ludzkiej natury. Do napisania „Zaginionego” zainspirowały ją silne kobiety w jej rodzinie, syn, a także zamiłowanie do psychologii zaburzeń. Te trzy inspiracje stanowią filary fabuły powieści.

Historię poznajemy z punktu widzenia Claire Wilkinson, matki zaginionego Billy'ego. Piętnastolatek znika ze swojego domu w Bristolu w środku nocy po jednej z wielu awantur spowodowanych jego nastoletnim buntem. Winny czuje się każdy członek rodziny. Wszyscy zastanawiają się nad tym, co doprowadziło do zniknięcia chłopca, co mogli zrobić lepiej, a czego nie robić wcale. Jednocześnie Wilkinsonowie nie są ze sobą szczerzy, a ich tajemnice ciągną się za nimi od wielu lat sprzed zaginięcia Billy'ego. Prawda zaczyna wychodzić na jaw dopiero po pół roku, gdy telewizyjny apel, dotyczący sprawy nastolatka wywołuje skutek odwrotny do zamierzonego. Claire Wilkinson zaczyna mieć kłopoty ze zdrowiem spowodowane traumą po zaginięciu dziecka, objawiające się fugami dysocjacyjnymi, podczas których kobieta znika z domu, błąka się po ulicach miasta i robi inne rzeczy, których później nie pamięta. Zaczyna podejrzewać nie tylko członków swojej rodziny, ale także samą siebie. Co tak naprawdę stało się z Billy'm Wilkinsonem?

Powieść wciągnęła mnie od pierwszych stron. Narracja Claire jest dynamiczna, miejscami wręcz nieco chaotyczna i urywana, co doskonale oddaje stan psychiczny kobiety, jej emocje i sposób odbierania zewnętrznych bodźców. Narracja ta przeplatana jest zapisem rozmów dwóch osób na internetowym czacie, bądź jakiejś aplikacji służącej komunikacji online. Czytelnik do końca powieści nie ma pojęcia kim są owi rozmówcy, chociaż próbuje z kontekstu ich rozmów wywnioskować pewne fakty, połączyć je z wydarzeniami opisywanymi przez Claire, odkryć ich tożsamość. Nie jest to jednak proste, bo dyskusje, mimo że dość częste, są tak intymne i wieloznaczne, że ciężko jest wydobyć konkretne informacje, które pomogłyby rozszyfrować zagadkę. Jednak w końcowym rozrachunku, kiedy już wiemy, co się stało, mają one istotne znaczenie dla całej sprawy i fantastycznie pozwalają ocenić czytelnikowi samodzielnie ich wpływ na zaginięcie chłopca.

Książka porusza wiele istotnych tematów, takich jak: utrata dziecka, zainteresowanie nastolatków pornografią, problemy i spory rodzinne, wpływ mediów społecznościowych na zachowania i decyzje młodych ludzi, szantaż, a także tajemnice, które potrafią podzielić najbliższe sobie osoby. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że ludzie wokół nas na co dzień borykają się z tego typu problemami. Niektóre z nich mają naprawdę destrukcyjny wpływ na psychikę człowieka, a jeden kłopot często pociąga za sobą kolejny i dochodzi do takich dramatów, jakie ukazuje nam C.L.Taylor. Powieść jest bardzo życiowa, realistyczna, mamy wrażenie, że coś takiego mogłoby się stać naprawdę. Emocje i zachowania bohaterów są niezwykle autentyczne i czytelnik, zadając sobie pytanie, jak zachowałby się w podobnej sytuacji, często może się utożsamić właśnie z tymi postaciami.

„Zaginiony” to świetnie napisany thriller psychologiczny, który wciąga od pierwszej strony i utrzymuje w napięciu do samego końca. Porusza trudny temat, niesamowicie dotkliwy szczególnie dla matek, które najlepiej potrafią wyobrazić sobie, jak to jest stracić własne dziecko. Ukazuje czytelnikowi całe spektrum emocji i zachowań, będących skutkiem utraty bliskiej osoby, a także wywołuje mnóstwo refleksji i wątpliwości na temat tego, jak sami zachowalibyśmy się w obliczu podobnej sytuacji. Zaskakuje tym, jak bardzo można się pomylić w osądach, co do bliskich nam osób. „Zaginiony” to książka, o której myśli się jeszcze na długo po jej skończeniu.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

15 listopada, 2016

Psy - Allan Stratton

Autor: Allan Stratton
Wydawnictwo: YA!/GW Foksal
Ilość stron: 288

„Przyglądam się uważnie stodole. W górnej części, na wysokości stryszku brakuje deski. Im dłużej się wpatruję, tym bardziej jestem przekonany, że widzę chłopca patrzącego na mnie z cieni za otworem po desce.”



Głównym bohaterem powieści „Psy” jest trzynastoletni Cameron, który mieszka z mamą. Od kilku lat ta dwójka stale przeprowadza się w nowe miejsca, zastrzegając numery telefonów i zostawiając za sobą kolejnych znajomych oraz przyjaciół. Ta ciągła ucieczka spowodowana jest ogromną traumą i strachem przed tym, że ojciec chłopca ich odnajdzie. Cameron nie ma z nim zbyt wielu wspomnień, ale te nieliczne, które posiada, są co najmniej niepokojące. Nie wolno mu się kontaktować z rodzicem, a także musi ogromnie uważać by nie zdradzić się nikomu ze swoją przeszłością. Akcja książki rozpoczyna się, gdy Cameron po raz kolejny musi uciekać z matką - tym razem osiedlają się w starym, podniszczonym domu na farmie. Budynek i stodoła w dużej mierze otoczone są rozległymi polami kukurydzy. Chłopiec czuje się w tym miejscu nieswojo, a z czasem zaczyna mieć różne przywidzenia, sny i zaczyna widzieć... ducha. 

Narracja powieści jest pierwszoosobowa w punktu widzenia Camerona i w czasie teraźniejszym, co doskonale pasuje do tego typu historii - zagadkowych, mrocznych, z nutką dreszczyku. Sam chłopiec jest z pozoru postacią dość prosto skonstruowaną; nieco zagubiony nastolatek, często uciekający w sferę marzeń i wyobraźni, co doskonale da się wytłumaczyć poprzez jego sytuację rodzinną. Z czasem jednak ten niewinny obraz jeszcze dziecka, zniekształca się w oczach czytelnika, który zaczyna powoli zastanawiać się, czy jego początkowy osąd w stosunku do bohatera jest aby na pewno prawidłowy. Autor bawi się z czytelnikiem, kreując postać, której słowa, działania i przemyślenia często są dwuznaczne i niejasne, co sprowadza się do podejrzeń, czy narrator jest do końca szczery sam ze sobą. Nie tylko Cameron jest tutaj postacią, która potrafi wzbudzić wątpliwości. Jego matka, której zachowanie często można określić jako paranoję, tajemniczy i dziwaczny sąsiad Pan Sinclair, a także ojciec chłopca, który przybiera różne maski - wszyscy oni są wątpliwi w swoich postępowaniach i wypowiedziach, a czytelnik przez większość powieści próbuje odkryć ich prawdziwe oblicze.

Samo miejsce akcji nie jest zbyt oryginalne, bo podobny obraz możemy spotkać w co drugim filmowym horrorze, co nie znaczy jednak, że nie oddziałuje mocno na wyobraźnię czytelnika, bo tworzy niesamowicie mroczny klimat. Stary, zniszczony, nadgryziony już zębem czasu dom z dużą piwnicą pełną gratów i zabitym gwoździami strychem, obok stodoła, w której dawny właściciel trzymał krowy i niebezpiecznie wyglądające sprzęty gospodarcze, a wszystko to otoczone polami kukurydzy i ciemnymi lasami, co jeszcze bardziej potęguje wrażenie grozy i niepokoju. Całość stanowi świetne tło dla rozgrywającej się tam zagadkowej historii. Mimo wszystko nie jest to groza na miarę np. Kinga. „Psy” to raczej powieść dla młodszych czytelników, nastolatków, którzy nie przepadają za bardzo strasznymi historiami, a chcieliby poczuć lekki dreszczyk na plecach podczas lektury.

„Psy” to książka idealna dla osób, które rozpoczynają dopiero swoją przygodę z thrillerami i powieściami grozy. Napisana prostym językiem, przystępna, ze stonowaną akcją, która nie ma przestojów, a także zawiera kilka bardzo ciekawych zwrotów i punktów kulminacyjnych. Cała historia ma charakter zagadkowego, mrocznego thrillera z elementami paranormalnymi. Znajdziemy tu również wątki bardzo prozaiczne, mówiące o dorastaniu w niepełnej rodzinie, o prześladowaniu, o toksycznej miłości. Polecam serdecznie zapoznanie się z historią Camerona. Może niekoniecznie osobom bardzo doświadczonym w tym gatunku, bo mogą się one zwyczajnie wynudzić i zawieść, ale tych mniej obeznanych w thrillerach, jak najbardziej zachęcam.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem YA!

09 listopada, 2016

Miłość, która miała się nie zdarzyć (Bez winy - Mia Sheridan)


Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 384

„Obserwuj, co robią ludzie, kiedy sądzą,że nikt ich nie widzi, kochana. W ten sposób dowiesz się kim naprawdę są.”





Mia Sheridan to autorka znana z tworzenia przepięknych historii miłosnych o ludziach, których przeznaczeniem jest bycie razem. Miałam już ogromną przyjemność poznania niemal wszystkich jej powieści przetłumaczonych na język polski i na bazie tego, co zaobserwowałam, mogę śmiało stwierdzić, że na ten moment jest dla mnie królową romansu. Pisze w sposób tak piękny i wywołujący tyle emocji, że nawet takie nazwiska, jak Sparks czy Hoover spadają na dalsze miejsca podium. Sięgając po „Bez winy” byłam pewna, że się nie zawiodę i po raz kolejny otrzymam wspaniałą opowieść o wielkim uczuciu. Nie sądziłam jednak, że Mia przewyższy jeszcze moje oczekiwania, co ewidentnie uczyniła i czego dowodem jest przemożna chęć przeczytania tej książki po raz kolejny.

Historia rozpoczyna się w trudnym momencie dla dwójki głównych bohaterów. Kira jest niemal bez grosza przy duszy, nie ma miejsca, w którym mogłaby się zatrzymać i zamieszkać, a także pragnie zupełnie odseparować się od dawnego życia i swojej rodziny. Grayson z kolei boryka się z problemem utrzymania winnicy, którą zyskał w spadku po swoim ojcu. To prosperujące kiedyś bardzo dobrze miejsce jest potwornie zadłużone, a mężczyzna nie chce prosić o pomoc nikogo z rodziny, chce wszystko odbudować sam. Pewnego dnia, drogi Kiry i Graysona się schodzą. Dziewczyna składa mu pewną propozycję, która może zupełnie odmienić losy obojga. Układ ten jest stanowczo niekonwencjonalny, a jego konsekwencje mogą wywrócić życie tej dwójki do góry nogami. Czy podejmą się tego ryzyka?

W książkach Mii Sheridan miłość jest motywem przewodnim i czytelnik zawsze ma z tyłu głowy tę świadomość, że historia dąży do romansu, do dotarcia się głównych bohaterów, do ich wspólnego happy endu, pomimo wszelkich utrudnień i niedogodności, jakie autorka serwuje im po drodze. Ta świadomość może wydać się wadą, brakiem elementu zaskoczenia, czymś bardzo określonym, co determinuje wszystkie powieści tej autorki. Ja tak tego nie postrzegam, bo mimo iż czytelnik od początku przewiduje zakończenie losów zakochanych, to po drodze dzieje się tyle rzeczy, przewija się tyle absorbujących wątków i ta historia miłosna zostaje obudowana tak doskonale dobranymi do niej wątkami obyczajowymi, sensacyjnymi, kryminalnymi, że zaangażowanie emocjonalne w rozwój wydarzeń rośnie do tego stopnia, iż autentycznie przeżywamy losy bohaterów, rozwój ich uczuć, kłótnie, rozstania i powroty, a rozsądek i uspokajająca myśl o szczęśliwym zakończeniu odchodzą gdzieś na drugi plan. Autorka świadomie gra czytelnikowi na emocjach, zapewniając jednocześnie ten komfort, często obecny w powieści rozrywkowej – że wszystko w jakiś sposób się rozwiąże i zakończy w dobry sposób.

„Bez winy” różni się od poprzednich czytanych przeze mnie książek Mii Sheridan klimatem. Przede wszystkim mniej w niej dramatyzmu, a więcej humoru i lekkości. Historia pomimo wielu poważnych i przykrych wątków, sprawia wrażenie bardzo pozytywnej, z przezabawnymi dialogami i postaciami, które skradły moje serce, jak żadne inne od dłuższego czasu. Kira to dziewczyna, z którą wspaniale byłoby się zaprzyjaźnić - energiczna, wesoła, znajdująca zalety niemal każdej sytuacji i operująca ciętym, sarkastycznym językiem, który idealnie trafił w moje poczucie humoru. Z kolei Grayson jest nieco pesymistyczny i wybuchowy, ale także wrażliwy i imponująco wytrzymały na ból. Obydwoje pokrzywdzeni, po przejściach, szukający swojej drogi w dorosłym życiu. Sparowani wręcz idealnie, jak to u Mii Sheridan bywa - są kłótnie i spięcia, ale jest też później zgoda i co najważniejsze nie ma nudy! Uzupełniają się nawzajem, a ich różne charaktery i zainteresowania sprawiają że ciągle chcą odkrywać w sobie nawzajem więcej.

Czy „Bez winy” ma wobec tego jakieś wady? Oczywiście mogłabym się przyczepić do nieco schematycznego wątku miłosnego, czy cukierkowego zakończenia, ale absolutnie traci to dla mnie znaczenie w obliczu ogólnych wrażeń, jakich dostarczyła mi ta powieść. Historia jest wielowątkowa i absorbująca już od pierwszych stron, bohaterowie wykreowani świetnie, język i humor fantastyczne, a emocje w trakcie czytania ogromne! Ta powieść przypomniała mi za co tak uwielbiam twórczość Mii Sheridan i bezkonkurencyjnie staje się moją dotychczas ulubioną powieścią tej autorki.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

06 listopada, 2016

Harry Potter i Kamień Filozoficzny (wydanie ilustrowane) - J.K. Rowling


Harry Potter to postać doskonale znana każdemu miłośnikowi literatury - bohater jednej z najpopularniejszych serii fantastycznych, która zaskarbiła sobie serca ogromnej liczby czytelników, i po którą sięgają osoby w każdym wieku - od dzieci, rozpoczynających dopiero swoją przygodę ze słowem pisanym, po dorosłych, mających już za sobą wiele ciekawych literackich podróży. Ja sama zakochałam się w tej historii, stawiając pierwsze kroki w czytelnictwie i po dzień dzisiejszy z niesamowitą przyjemnością co jakiś czas do niej wracam. Tej jesieni miałam okazję po raz kolejny zgłębić początki przygód Chłopca, Który Przeżył, ale spotkanie to miało zupełnie nowy, wyjątkowy wymiar! A wszystko to za sprawą przepięknego ilustrowanego wydania, przy tworzeniu którego ogromną rolę odegrał Jim Kay, ukazując mi w niesamowity sposób moją ukochaną historię z dzieciństwa. 


Książka jest wydana przepięknie - duży format, twarda oprawa z obwolutą, śliski papier, przejrzysty układ stron i co najistotniejsze - wspaniałe ilustracje! Jim Kay jest niezwykle utalentowanym artystą, a jego wizja tego czarodziejskiego świata, postaci, przedmiotów, mimo że w dużym stopniu odwzorowuje moje wyobrażenia, to ukazuje mi też zupełnie nowe, świeże spojrzenie na wiele szczegółów. Widać tutaj troszkę inspiracji ekranizacją, ale całość jest absolutnie spójna i zgadza się z tekstem powieści. Ilustracje są bardzo różnorodne - mamy portrety, krajobrazy, konkretne sceny, przedmioty, a nawet wycinki ze szkolnych podręczników. Nieraz są to prace przedstawione na dwóch całych stronach, a czasami malutkie obrazki gdzieś w rogu kartki, czy plamy farby w tle tekstu - w każdym razie Jim Kay obecny jest podczas lektury przez cały czas i każdy fragment powieści jest ozdobiony jego dziełami.


„- Szybko! - zawołała matka i trzej chłopcy wsiedli do wagonu. Wychylili się przez okno, nadstawiając policzki do pocałowania, a dziewczynka zaczęła płakać.
- Nie płacz, Ginny, wyślemy ci mnóstwo sów. 
- Przyślemy ci sedes z Hogwartu.
- George!
- Tylko żartuję, mamo.”

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Wydanie ilustrowane” to gratka dla każdego miłośnika przygód młodego czarodzieja, a także znakomity wstęp do całej serii. Historia sama w sobie jest niesamowita i do tego stopnia ją uwielbiam, że jak dla mnie mogłaby być wydrukowana nawet na papierze toaletowym i nie umniejszyłoby to jej wartości, aczkolwiek takie dzieła zasługują na piękną oprawę graficzną i na tym polu Jim Kay przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Nie mogę się doczekać przeczytania kolejnych części w takim wydaniu i sięgnięcia po tę ponownie - bo tak samo, jak nie nudzi mnie czytanie tej historii po raz enty, tak samo po raz enty nie znudzi mi się oglądanie i kontemplowanie dzieł genialnego Jima Kaya.

25 października, 2016

Alternatywne miasta i płatna zabójczyni ze spapraną psychiką (Dziewczyna z Dzielnicy Cudów - Aneta Jadowska)


Autor: Aneta Jadowska
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 320

„Szłam, zaciskając dłonie w pięści, i nie rozumiałam, dlaczego coś w środku zabrania mi urwać mu głowę.”





Aneta Jadowska to postać z pewnością bardzo dobrze znana miłośnikom polskiej fantastyki. Jej cykl o Dorze Wilk zdobył sporą popularność i uznanie wśród mnóstwa czytelników. Ja niestety nie miałam jeszcze możliwości zapoznania się z ową serią, nad czym bardzo ubolewam, ale za to jestem świeżo po lekturze najnowszej powieści Jadowskiej - „Dziewczyny z Dzielnicy Cudów”. Czy książka ta jest lepsza od którejkolwiek o Dorze? A może gorsza? Na te pytania nie potrafię z oczywistych względów odpowiedzieć, mogę jednak zapewnić, że jest to świetny kąsek dla miłośników fantastyki i historia na tyle oryginalna i osobliwa, że jakiekolwiek porównania są tutaj nie na miejscu.

Akcja powieści rozgrywa się w dwóch przedzielonych Wisłą alternatywnych miastach - Warsie i Sawie. I nie, ich nazwy nie mają zupełnie nic wspólnego z postaciami z legendy o powstaniu Warszawy, wręcz przeciwnie - są to miejsca stworzone od podszewki przez autorkę. Dziwne, tajemnicze, przepełnione magiczną energią i pełne różnorakich niebezpieczeństw - tworzą niezwykle klimatyczne tło dla przygód pewnej dziewczyny o wielu imionach, którą czytelnik poznaje na początku jako Nikitę. Pracuje ona dla Zakonu Cieni, ale prywatnie przyjmuje także różne zlecenia w tytułowej Dzielnicy Cudów. Na samym początku powieści Nikicie zostaje przydzielony nowy partner do pracy dla Zakonu, Robin, który budzi w niej mnóstwo sprzecznych uczuć. Bohaterka będzie musiała go lepiej poznać, przekonać się o jego szczerości i spróbować nawiązać nić wzajemnego zaufania. Niedługo później z renomowanego klubu Pozytywka w Dzielnicy Cudów ginie jedna z pracujących tam dziewcząt - Zelda - bliska znajoma Nikity. Rozpoczynają się poszukiwania, podczas których wychodzą na jaw fakty z przeszłości głównej bohaterki, a także prawdziwy cel porywacza.

Jeśli miałabym określić jednym słowem „Dziewczynę z Dzielnicy Cudów” to powiedziałabym - bogata. Bo, mimo że ten pierwszy tom jest objętościowo raczej mały niż duży, to zawarte w nim jest takie bogactwo różnych elementów, składających się na całość tej niezwykle osobliwej powieści, że jestem pod wrażeniem wyobraźni autorki i jej talentu do spakowania tego wszystkiego w nieco ponad trzysta stron. Tym, co urzeka chyba najbardziej w tej historii, jest już pokrótce przeze mnie nakreślone tło. Nasze polskie miasta stanowią wspaniały grunt do tworzenia przeróżnych alternatyw, co Jadowska świetnie wykorzystała kreując Warsa i Sawę. Obydwa te miasta mają niepowtarzalny klimat, a już szczególnie urzeka on w Dzielnicy Cudów, miejscu, które zatrzymało się w czasie w latach 30. XX wieku. Nie ma tam mowy o żadnych nowszych technologiach, po ulicach wciąż jeżdżą tylko dorożki, a główne rozrywki to dom uciech i kabaret. Świat Nikity rządzi się mnóstwem własnych praw, które autorka przedstawia w bardzo przystępny sposób, poprzez niezwykle plastyczne, obrazowe opisy, które fantastycznie działają na zmysły i wyobraźnię czytelnika. 

Sama Nikita to postać bardzo intrygująca, o ciekawej osobowości, mocnym charakterze, gorzkiej przeszłości i wielu tajemnicach. Bardzo korzystny dla odbioru tej bohaterki jest fakt, że Jadowska przedstawia informacje o niej stopniowo. Czytelnik nie dostaje wszystkiego na tacy na samym początku powieści, ale z biegiem historii dowiaduje się nowych rzeczy z przeszłości dziewczyny. Sprawia to, że nie osądzamy jej od razu po tym, co kiedyś się wydarzyło i nie łączymy tego instynktownie z teraźniejszością. Mamy więc okazję poznać niezwykle silną kobietę, wojowniczkę, zabójczynię wyzbytą sentymentów, ale też osobę z niewielką grupą przyjaciół, która ma problemy z zaufaniem, co, jak później możemy wywnioskować, jest związane z jej trudnym dzieciństwem i toksycznymi relacjami, jakie od zawsze ma z osobami, które potencjalnie powinny być jej najbliższe. Nikita daje się w tym pierwszym tomie poznać, jako bohaterka z jednej strony bardzo wyrazista i konkretna, a z drugiej skomplikowana i niejednoznaczna, przez co mam jeszcze większą ochotę na poczytanie o niej nieco więcej. 

„Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” to pierwszy tom znakomicie zapowiadającej się serii. Aneta Jadowska kreuje niesamowity magiczny świat, niecodziennych bohaterów, a także wplata w historię dużo popkulturowych motywów, które podbijają wyjątkowy klimat całej historii i dodają jej jeszcze więcej barw. Nie sposób nie wspomnieć również o przepięknych ilustracjach Magdaleny Babińskiej, które zdobią karty tej książki i cieszą oczy czytelnika, pomagając mu w zobrazowaniu sobie szalonej rzeczywistości Nikity. Zarówno wydanie tej powieści, jak i jej treść, są warte uwagi.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

15 października, 2016

Manwhore - Katy Evans

Autor: Katy Evans
Wydawnictwo: Kobiece
Ilość stron: 400

„Nigdy nie ma dobrej pory na to, aby się zakochać. To jest jak upadek. Wystarczy jedna sekunda. I tylko trzeba się modlić, aby bez względu na to, gdzie upadniesz, nie być tam samą.”



Katy Evans to autorka, z którą miałam już do czynienia przy okazji czytania pierwszej części jej innej serii - „Real”. Książka może mnie nie zachwyciła, ale spędziłam z nią kilka naprawdę przyjemnych chwil, dlatego postanowiłam sięgnąć także po podobną tematycznie powieść „Manwhore”. Jest to również erotyk, jednak tym razem mamy do czynienia z innym typem pary, bo nie bokser-rehabilitantka, a milioner-dziennikarka. Takie połączenie jest już wam pewnie znane z pewnej bardzo popularnej trylogii erotycznej. Ale czy Katy Evans poprzestała na tylko takim podobieństwie?

Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy magazyn „Edge” jest na skraju upadku. Rachel, jedna z dziennikarek, otrzymuje od swojej przełożonej propozycję nie do odrzucenia - ma napisać artykuł demaskatorski o najpopularniejszym mężczyźnie w mieście - Malcolmie Saintcie, którym uratuje „Edge” i pozwoli na zachowanie posady sobie i kolegom z redakcji. Tekst ma odkryć wszystkie tajemnice tego wpływowego milionera i playboya, ma ukazać całą prawdę o jego romansach, życiu prywatnym i zdementować wszelkie fałszywe plotki na jego temat. W tym celu Rachel musi się do niego bardzo zbliżyć, może nawet bardziej niż by sobie tego na początku życzyła... Z biegiem czasu sprawy się komplikują i między tą dwójką zaczyna rozwijać się relacja oparta już nie tylko na kwestiach zawodowych. Czy Rachel poświęci karierę dla romansu z tak nieprzewidywalnym człowiekiem?

Jak już wspomniałam, Katy Evans oparła swoją historię na podobnym schemacie, co wszystkim znana E.L. James, autorka trylogii „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Jest dziennikarka i wpływowy milioner, jest wywiad, jest pewna siebie współlokatorka i jest także motyw trudnego dzieciństwa. Podobieństw jest naprawdę sporo, ale mimo to, historia całościowo sprawia wrażenie oryginalnej i przybiera swój indywidualny tok. Poza tym, według mnie jest o wiele lepiej napisana, językiem prostym i lekkim w odbiorze, ale niepozbawionym polotu i emocji. 

„Przy mnie zachowujesz się zupełnie inaczej niż na co dzień.
– To przez ten znaczek, który nosisz. Ten z napisem „ostrożnie, towar delikatny i kruchy”.
– Nie jestem delikatna i krucha.
– Jesteś, i to tak bardzo, że zapakowałaś samą siebie w karton, żeby się nie potłuc.”

Narracja Rachel jest bardzo przyjemna, a sama bohaterka naprawdę da się lubić. Nie jest to jedna z tych szarych myszek, które ni stąd ni zowąd nagle zostają dostrzeżone przez zniewalającego adonisa. To atrakcyjna młoda kobieta, spełniająca się zawodowo, łaknąca przygód i wyzwań. Choć sama nie wierzy, że Saint jest w stanie zainteresować się jej osobą, czytelnik dostrzega w niej to, co zapewne zauważył i on - urok osobisty, pokorę i odwagę. W czasie rozkwitu jej znajomości z Malcolmem, targają nią przeróżne emocje, a są one tak adekwatne do sytuacji i tak dobrze opisane, że jako czytelniczka jestem w stanie utożsamić się z niemal każdą z nich. Saint jest natomiast ucieleśnieniem fantazji wielu kobiet - przystojniak o zniewalającym spojrzeniu, tajemniczy, wpływowy, bogaty, a także niezwykle dobry i wrażliwy. Można odnieść wrażenie, że jego postać jest nieco przerysowana, wyidealizowana, ale czy mogę uznać to za wadę? Tego typu literatura jest w końcu przeznaczona dla rozrywki, relaksu, dla przeniesienia się w świat fantazji i marzeń - a pomarzyć o takim facecie jest niezwykle miło! 

„Manwhore” to według mnie jedna z lepszych pozycji książkowych z gatunku literatury erotycznej. Nie dajcie się zwieść kontrowersyjnemu tytułowi, bo choć oczywiście ma on swoje odniesienie w historii, to w zupełnie innym sensie niż możecie z początku podejrzewać. Powieść czyta się niezwykle przyjemnie i szybko, wciąga i absorbuje czytelnika, a zakończenie pozostawia niesamowity niedosyt! Czekam niecierpliwie na kolejną część serii o Rachel i Malcolmie, a was serdecznie zachęcam do sięgnięcia po pierwszą. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu!

14 września, 2016

Zawód: Wiedźma - Olga Gromyko


Autor: Olga Gromyko
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 546

„Miecz w moim ręku jest straszną bronią. Przede wszystkim dla mnie.”







O Oldze Gromyko słyszałam już naprawdę bardzo dużo dobrego w książkowej blogosferze. Tak wiele osób zachwycało się jej twórczością, że sama postanowiłam sięgnąć po coś jej autorstwa. Padło na „Zawód: Wiedźma”, która niedawno została ponownie wydana przez wydawnictwo Papierowy Księżyc w nowej przepięknej oprawie graficznej. 

„Zawód: Wiedźma” to debiutancka powieść Olgi Gromyko, a zarazem otwarcie cyklu Kroniki Belorskie, na który składa się kilka tomów opowieści osadzonych w magicznym świecie Belorii. Główną bohaterką całej historii jest Wolha Redna, jedyna kobieta na typowo męskim wydziale magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Ta rudowłosa dziewczyna to istota niezwykle ciekawska, bystra i odważna. Jej wyjątkowy talent do magii sprawił, że do owej szkoły przyjęto ją zupełnie nieprzepisowo, bo bez egzaminów i przy braku wolnych miejsc. A teraz zostaje wybrana do wyjątkowej misji przez swojego mistrza. Misja ta pochłonęła już życie trzynastu osób, starszych i dużo bardziej doświadczonych od młodej adeptki. Wolha zostaje wysłana do Dogewy, gdzie źle się wówczas dzieje. Coraz więcej osób tam umiera, a wysłannicy nie wracają. Co tak naprawdę dzieje się w tej krainie zamieszkiwanej przez wampiry? Czy młodej wiedźmie uda się to odkryć?

Powiem wprost: całym sercem pokochałam Wolhę! To bohaterka niesamowicie szczera i prawdziwa, taka, z którą chciałoby się od tak zaprzyjaźnić. Ruda burza loków odzwierciedla w zupełności jej charakter - jest szalona, zakręcona, z tysiącem pomysłów na minutę. Jej charyzma i energia wręcz przebija przez karty powieści i nadaje wiele dynamizmu całej historii. W dodatku to bardzo bystra i zdolna osóbka, która potrafi zaskoczyć niejednego przeciwnika! Niesamowicie inspirująca postać, wykreowana z dystansem, humorem. Ja sama na moment zapragnęłam stać się jak ona - tak zadziorna, inteligentna i odważna, a jednocześnie tak beztroska i pozytywnie nastawiona do życia.

Świat przedstawiony w powieści wciągnął mnie bez reszty! Mamy czary, szkołę magii, wampiry, runy, magiczne kamienie - czego tylko dusza zapragnie. Krainy są opisane wspaniale, a ogólna baśniowość tej historii całkowicie mnie ujęła. Olga Gromyko stworzyła powieść łamiącą nieco schematy, z własnym niepowtarzalnym światem i charakternymi postaciami, a wszystko to okraszone świetnym humorem. Czyta się naprawdę znakomicie - łatwo, szybko, z uśmiechem na ustach. Akcja ma bardzo przyjemne tempo, bo ani nie gna na łeb na szyję, ani nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Bardzo podoba mi się także przeplatanie wydarzeń z teraźniejszości ze wspomnieniami Wolhy. Jednocześnie śledzimy bieżącą akcję i dowiadujemy się wielu istotnych szczegółów z przeszłości.

Oczywiście, książka oprócz zalet ma także wady. A konkretnie jedną. Taką, że pozostawia po sobie ogromny niedosyt! Na szczęście jest to dopiero początek serii i będę mogła zapoznać się z kolejnymi tomami, bo przyznam, że już strasznie tęsknię za Wolhą. „Zawód: Wiedźma” to znakomita lekka fantastyka, którą z czystym sercem mogę polecić każdemu, kto lubi powieści z poczuciem humoru, z magią w tle i baśniowymi postaciami. Idealna na rozweselenie i poprawę nastroju!

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią internetową BookMaster
BookMaster księgarnia internetowa

06 września, 2016

Real - Katy Evans

Autor: Katy Evans
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 401

„Jest skomplikowany i złożony niczym labirynt, w którym chcę się zgubić. Jest moim wojownikiem i naprawdę chcę walczyć, by z nim być.”





Po wielkim „boomie” na trylogię „Pięćdziesiąt twarzy Greya” coraz więcej czytelniczek sięga po literaturę erotyczną. Obecnie na rynku wydawniczym pojawia się mnóstwo takich powieści - pozostaje pytanie - po które naprawdę warto sięgać, a które to słabo napisane historie oparte na schematach dobrze nam już znanych choćby właśnie z książek E.L. James? Ciężko ocenić po samej okładce czy krótkim opisie, dlatego ja często po prostu ryzykuję. Tak też było w przypadku książki „Real” autorstwa Katy Evans. 

Brooke Dumas jest młodą, atrakcyjną kobietą, która aktualnie skupia się na znalezieniu dobrej pracy w swoim zawodzie rehabilitantki. Podczas pewnego wieczoru idzie z przyjaciółką na jedną z podziemnych walk bokserskich, gdzie spotyka osławionego Remingtona Tate'a - awanturnika, silnego zawodnika i temperamentną osobowość. Kiedy ich oczy się spotykają, obydwoje czują pewien magnetyzm, wzajemne przyciąganie. Brooke otrzymuje od asystenta boksera propozycję dołączenia do zespołu pracowników w charakterze rehabilitantki sportowej. Tak rozpoczyna się jej przygoda w niebezpiecznym podziemnym bokserskim kręgu... a także gorący romans z samym Remingtonem. Czy ten początkowo niewinny flirt będzie miał szansę przerodzić się w coś poważniejszego? Czy porywcza natura Tate'a nie będzie dla nich przeszkodą?

„Mam wrażenie, jakby mnie naznaczał. Jakby przygotowywał mnie do czegoś wielkiego. Czegoś, co może zmienić i zrujnować moje życie.”

W powieściach erotycznych bardzo łatwo o przekroczenie granicy dobrego smaku. Zarówno jeśli chodzi o język, jakim posługuje się autor, o same zdarzenia, jakie rozgrywają się na kartach książki, a także o proporcje pomiędzy scenami seksu, a pozostałymi wątkami. W przypadku „Real” żadna z tych granic nie została przekroczona. Katy Evans pisze w sposób bardzo prosty i subtelny, używając też ostrzejszych zwrotów, tam, gdzie one idealnie pasują. Namiętność i pożądanie pomiędzy bohaterami jest wręcz namacalne. Chyba każda z czytelniczek marzy o takim romansie, jak ten Brooke i Remingtona, a ich historię śledzi, tak jak ja, z zapartym tchem. 

Główni bohaterowie to bardzo mocne osobowości. Obydwoje bywają uparci i zdeterminowani, kiedy wyznaczą sobie jakiś cel. Brooke to postać, którą da się lubić, mimo że jej decyzje i zachowania bywają nieraz nieco infantylne i irytujące. Jej wewnętrzne rozterki i wątpliwości są za to jak najbardziej zrozumiałe i myślę, że dobrze znane każdej kobiecie. Remington natomiast, to postać bardzo tajemnicza, posiadająca swoją mroczną przeszłość i skomplikowany charakter. Ten przypominający wyglądem greckiego boga awanturnik jest bohaterem, którego pokocha chyba każda czytelniczka. Jednocześnie dziki i nieokiełznany, wrażliwy i dobry. To postać z mocnym temperamentem i bardzo fajną historią.

„Jego ramię podniosło się w zwycięstwie, a ja wstrzymuję oddech w oczekiwaniu, co teraz się wydarzy. Czekam na to, co zawsze robi.
Szuka mnie tymi niebieskimi oczami.
Moja ciało napina się w momencie, gdy kieruje swój wzrok na mnie. [...]
Z połyskującymi oczami wskazuje na mnie, potem na siebie, a potem na postać, która zbliża się przed moje siedzenie. Postać niesie jasną, czerwoną różę.
- Od Remy'ego - szepcze z uśmiechem młoda dziewczyna.”

„Real” to książka typowo rozrywkowa, przeznaczona dla dziewczyn i kobiet poszukujących wytchnienia i chwili relaksu z mało wymagającą lekturą. Powieść czyta się lekko i przyjemnie, historia jest ciekawa i angażująca, bohaterowie dobrze nakreśleni, a romans gorący, pełen wysmakowanych scen namiętności, mnóstwa emocji i obrazowych opisów. Polecam serdecznie miłośniczkom erotyków i romansów. Nie jest to może wybitne dzieło, aczkolwiek warto przeczytać i poznać losy boksera i rehabilitantki, bo to akurat coś nowego, jeśli chodzi o literackie pary!

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią internetową BookMaster
BookMaster księgarnia internetowa

05 sierpnia, 2016

Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum

Autor: Jack Ketchum
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 340

„Są rzeczy, o których wiesz, że prędzej umrzesz, niż o nich komukolwiek powiesz.
Rzeczy, o których wiesz, że lepiej byłoby umrzeć niż je zobaczyć.
Ja je widziałem.”



Zło może przybierać różnorakie formy. Z wieloma z nich spotykamy się na co dzień. Mogą być czymś tak niewinnym, jak drobne kłamstwo czy kradzież, a mogą być też okrutnym morderstwem, gwałtem, czy molestowaniem fizycznym i psychicznym. Tak wiele teraz słyszy się w wieczornych wiadomościach o takich wydarzeniach, tak wiele czyta się o nich w internecie, w gazetach... a mimo to, ludzkie okrucieństwo nie przestaje nas zaskakiwać i przerażać. Bo właśnie tego każdy z nas boi się najbardziej. Nie wykreowanych przez jakiegoś autora potworów, fantastycznych postaci o groźnych mocach, nie wymyślnej czarnej magii, a nawet nie duchów i demonów. Najbardziej boimy się ludzi - istot tak różnorodnych, złożonych, o tak odmiennych od siebie umysłach i zamiarach. Nigdy tak do końca nie jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka i odkryć wszystkich jego myśli. Jest prawdopodobieństwo, że trafimy na osoby godne naszego zaufania, ale równie dobrze możemy spotkać na swojej drodze prawdziwe potwory w ludzkiej skórze...

To nieszczęście spotyka Meg - rudowłosą, piękną dziewczynę, która straciła oboje rodziców w wypadku samochodowym. Wraz z młodszą siostrą wprowadza się ona do domu swojej dalszej kuzynki Ruth, mieszkającej z trzema synami - Williem, Donny'm i Ralphem. Na początku swojego pobytu poznaje Davida - sąsiada i przyjaciela chłopców, z którym od razu nawiązuje nić porozumienia. Dziewczyna z każdym kolejnym dniem utwierdza się w przekonaniu, że kuzynka jej nienawidzi, a jej synowie ciągle jej dokuczają. Pewnego dnia, Meg postanawia postawić się chłopcom, czym rozpętuje prawdziwy koszmar. Ruth zaczyna znęcać się fizycznie i psychicznie nad obiema dziewczynkami, czując się bezkarna przez brak reakcji ze strony otoczenia i władz. Jej agresja wzrasta do tego stopnia, że zamyka Meg w podziemnym schronie, gdzie bije ją, przypala i bezustannie poniża, a pozwala na to również swoim synom oraz innym dzieciakom z sąsiedztwa. 

„To jest twoje Przekleństwo, rozumiesz? Przekleństwo Ewy. To słabość. Tutaj nas mają. Mówię ci. Kobieta jest niczym więcej jak tylko dziwką i zwierzęciem. Musisz to sobie uświadomić, musisz to zapamiętać. Po prostu wykorzystywana, rżnięta i ukarana.”

Szukacie książki, która kompletnie rozwali was emocjonalnie i sprawi, że będziecie równocześnie chcieli ją jak najprędzej odłożyć i o niej zapomnieć oraz czytać dalej, z zaintrygowaniem i niedowierzaniem przerzucając kolejne strony? W takim razie „Dziewczyna z sąsiedztwa” jest dla was. To historia, która tak niesamowicie odbija się na psychice, że czytelnik po jej lekturze nie jest już tą samą osobą. Książka dosłownie wbija w fotel i wprawia w autentyczne przerażenie i wściekłość. Tak, czytelnik złości się, bo jest zupełnie bezsilny, nie ma wpływu na zapisane wydarzenia, nie może pomóc, zareagować, a jest tylko biernym obserwatorem największego okrucieństwa, jakie można wyrządzić drugiemu człowiekowi. A często obojętność na dziejące się zło jest gorsza od samego zła.

Powieść napisana jest językiem niezwykle prostym, dosadnym, w sposób bezpośredni przekazującym owe straszne wydarzenia. Jack Ketchum nie próbuje załagodzić eufemizmami brutalnych aktów przemocy - wręcz przeciwnie - używa słów agresywnych, wyzywających, pełnych jadu i okrucieństwa. Momentami trudno sobie nawet wyobrazić to, jak człowiek, a w szczególności dziecko, jest w stanie pałać taką nienawiścią do innej osoby, być tak bezwzględnym i krzywdzącym w swoich słowach i czynach. Ta powieść ukazuje najmroczniejsze strony ludzkiej duszy, coś, co wzbudza w nas obrzydzenie, dezorientację i paraliżuje od środka. Inspiracja Ketchuma autentycznymi faktami tylko potęguje to wrażenie wewnętrznego rozbicia i niezrozumienia. Ta książka opowiada o wydarzeniach, które nigdy, ale to przenigdy nie powinny mieć miejsca. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jaką trudnością było ich spisanie, skoro czytanie wywołuje tak silne emocje. 

„Złość, nienawiść i samotność są niczym pojedynczy przycisk, czekający na palec, który poprowadzi człowieka do destrukcji.”

Sylwetki postaci nakreślone są bardzo prosto i konkretnie. Poznajemy je głównie poprzez ich czyny i wypowiedzi w teraźniejszości, natomiast niewiele wiemy o ich przeszłości. Większość z nich wzbudza w czytelniku wstręt. Ruth, główna sprawczyni wszystkich krzywd uwięzionej nastolatki jest bardzo nieprzewidywalną bohaterką. Czytelnik nie wie, co ma o niej sądzić, nie potrafimy do końca ocenić, co ta kobieta sobie myśli, co nią kieruje. Jej szaleństwo w żadnym razie nie jest wytłumaczeniem krzywd, które sprawia Meg, jednak potrafi wprawić w przerażenie i pełne napięcia oczekiwanie na jej kolejne nieprzewidywalne pomysły. Jednak to nie ona wprawia czytelnika w największy strach i oburzenie. Sprawiają to dzieci. Dzieci, które za przyzwoleniem Ruth, dołączają do sadystycznych zabaw. Kobieta je podpuszcza, zachęca, a one, zafascynowane nagłym posiadaniem władzy i wyższości nad koleżanką, wpadają na tysiące strasznych pomysłów. Jedynym, który nie przyłącza się do torturowania Meg, a tylko obserwuje, jest David - narrator. Nie ma odwagi ani chęci jej krzywdzić, ale mimo to patrzy, jak robią to inni i nikomu nie mówi o aktach przemocy w piwnicy. Jako bierny obserwator, w oczach czytelnika jest równie winny, co wszyscy inni oprawcy.

„Dziewczyna z sąsiedztwa” to powieść niezwykle ciężka i przeznaczona dla czytelników o mocnych nerwach. Historia w niej ukazana jest tak drastyczna i nieludzka, że nie da się wyrazić słowami tych wszystkich emocji, które targają mną po lekturze. Obrzydzenie? Niedowierzanie? Wstręt? Żadne z tych słów nie oddaje do końca moich uczuć. Powieść jest zdecydowanie warta poznania i polecam wam sięgnięcie po nią, mimo tego, a może właśnie dlatego, że tak rozwala czytelnika emocjonalnie.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnia internetową BookMaster
BookMaster księgarnia internetowa

01 sierpnia, 2016

PRZEDPREMIEROWO! Eden. Nowy początek - Mia Sheridan

Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem
Ilość stron: 312
PREMIERA 03.08.2016

„Tego koszmarnego, tragicznego dnia odebrano nam niewinność. Odarto nas z nadziei. Ale ani ja, ani on nie wiedzieliśmy, jakie piętno wywarł ów dzień na drugim z nas. W odkrywaniu tego był smutek, ale i radość, że przeżyliśmy. Jakaś część mnie radowała się, a część opłakiwała przeszłość i przyszło mi do głowy, że może właśnie tak być powinno.”


„Eden. Nowy początek” to powieść zamykająca dylogię autorstwa Mii Sheridan, opowiadającą o wielkiej miłości Eden i Caldera, która narodziła się w bardzo niesprzyjających warunkach, bo w sekcie. Wydarzenia rozgrywające się w tym tomie mają miejsce kilka lat po ogromnej tragedii, która wydarzyła się w Akadii. Zarówno Eden, jak i Calder, próbują jakoś poukładać sobie życie po ucieczce. Każde z nich dopiero uczy się funkcjonowania w „Wielkiej Społeczności”, poznaje rzeczy i zwyczaje, o jakich wcześniej nawet nie słyszało. I mimo, że z każdym dniem radzą sobie coraz lepiej, poznają nowych ludzi, nawiązują z nimi relacje i rozpoczynają kariery zawodowe, to pod względem emocjonalnym są zupełnie rozbici. Każde z nich myśli, że to drugie nie żyje, przez co ich życie przypomina wegetację - brak w nim radości, uczuć innych niż tęsknota, żal i rozpacz. Los jednak okazuje się dla nich łaskawy i pewnego dnia powtórnie się spotykają. Co z tego wyniknie? Czy będą znów razem?

„To prawda, co powiedziałam kiedyś o gwiazdach - że niektóre rzeczy lepiej widać w świetle... a niektóre łatwiej dostrzega się w ciemności. Bo gdzieś w mrokach tamtej nocy Calder przytulił mnie i zgodziliśmy się, milcząco i w słowach, że świat jest ohydny i zły,, a miłość - niedorzecznie ryzykowna i absurdalnie niebezpieczna... ale że będziemy kochać i tak. Że nie zamkniemy przed są naszych odważnych, wrażliwych serc. Było to naiwne, nierozsądne i słuszne. I było to najdzielniejsze, co kiedykolwiek uczyniliśmy.”

Drugi tom tej wyjątkowej historii miłosnej podobał mi się niemal tak bardzo, jak pierwszy. Tym razem akcja rozgrywa się w zwyczajnym miasteczku, wśród realiów, które każdy z nas zna ze swojej codzienności. Bohaterowie muszą nauczyć się żyć na nowo, co nie jest łatwe, kiedy od dziecka widzieli na oczy tylko nieco ponad setkę ludzi, prysznic był rarytasem, jedzenie pochodziło tylko i wyłącznie z upraw rolnych, a ich pojęcie o jakiejkolwiek elektronice jest zerowe. Życie w sekcie zabrało im nie tylko cenne lata młodości, ale także ich prawdziwe tożsamości, które teraz starają się odkryć. Fabuła skupia się głównie na ich próbach ułożenia sobie życia, odkrycia kim tak naprawdę są, a także na odnalezieniu odpowiedzi na dręczące ich pytania i wątpliwości dotyczące Akadii. Akcja, w przeciwieństwie do końcowych rozdziałów pierwszego tomu, płynie niespiesznie, ale mimo to powieść wcale nie jest nudna. Brak sensacyjnych, dynamicznych wydarzeń, zastępuje niesamowity natłok emocji, bardzo dobrze skrojone portrety psychologiczne postaci i przepiękne refleksje bohaterów, mówiące o ich uczuciach i tęsknotach.  

„- Nasze serca oplata sieć rzeczy, które cenimy, których potrzebujemy, które sprawiają, że jesteśmy sobą. Ale może... może dopiero wtedy, gdy coś złamie nam serce, te rzeczy mogą trafić do wnętrza samej naszej istoty. Może dopiero wtedy rzeczy te stają się prawdziwą częścią nas. Dopiero wtedy potrafimy prawdziwie zrozumieć i ujrzeć cierpienie innych, bo sami go doświadczyliśmy. Bo za sprawą bólu staliśmy się lepsi, wrażliwsi. Może właśnie taki jest sens istnienia bólu.”

„Eden. Nowy początek” różni się od swojej poprzedniczki umiejscowieniem fabuły, zwolnieniem tempa akcji, a także mniej w niej tego elementu grozy, mroku, zaciekawienia, które towarzyszyły mi przy czytaniu pierwszego tomu. Mimo wszystko, Mia Sheridan potrafi zaskoczyć czytelnika, jeśli chodzi o rozwiązanie niektórych wątków, a sposób, w jaki kreuje i opisuje ona uczucie łączące głównych bohaterów, jest naprawdę mistrzowski. Emocji jest niesamowicie dużo - zarówno na kartach powieści, jak i w sercu czytelnika, który zdążył już przywiązać się do bohaterów i kibicuje im z całych sił. Polecam serdecznie sięgnięcie po tę dylogię, bo całość jest naprawdę niesamowita. Jeśli nie znacie jeszcze Mii Sheridan to wiedzcie, że wiele tracicie!

Dziękuję!

29 lipca, 2016

Calder. Narodziny odwagi - Mia Sheridan


Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem
Ilość stron: 376

„- Skąd czerpiesz swoją siłę, Blasku Poranka? - zapytałem cicho. 
- Od ciebie [...]”





Calder to chłopiec, który od najmłodszych lat wychowuje się w sekcie. Nie zna innego świata poza swoją wioską, nie zna innych praw, niż te panujące wśród owej społeczności, nie zna nowoczesnych wynalazków ułatwiających ludziom życie - jego wiedza na tematy niezwiązane z prostym życiem w Akadii jest niesamowicie ograniczona. Dobrze mu się żyje wśród swoich przyjaciół, rodziny, pracując i wykonując swoje codzienne obowiązki w oczekiwaniu na przewidywany przez wodza koniec świata. Wszystko się zmienia, kiedy poznaje Eden - śliczną dziewczynkę, która zjawia się w wiosce pod opieką Hectora, czyli proroka Akadii, którego w wieku lat osiemnastu ma poślubić, aby jego przepowiednia mogła się spełnić. Calder zakochuje się z wzajemnością, jednak nastolatkowie nie mogą się z ową miłością afiszować, gdyż Eden jest skazana na ślub z wodzem. Powoli obydwoje podważają swoją wiarę i wykazują się ogromną odwagą w walce o swoje uczucia i samodzielne życie.

„- Hm... w takim razie od gwiazd możemy się niejednego nauczyć, choćby te nauki pochodziły sprzed tysięcy lat. 
- Na przykład czego? 
Umilkłam na chwilę. - Że niektóre rzeczy lepiej widać w świetle... a niektóre wychodzą na jaw w ciemności.”

Twórczość Mii Sheridan miałam już okazję poznać, czytając jakiś czas temu powieść „Stinger. Żądło pożądania”, która podobała mi się bardzo i od razu miałam ochotę sięgnąć po inne pozycje autorki. Padło na „Calder. Narodziny odwagi”, czyli książkę napisaną na równie dobrym poziomie, co ta wspomniana wcześniej, równie wciągającą i oczarowującą bohaterami, natomiast o zupełnie innym motywie przewodnim. Tak jak ta pierwsza poruszała tematy raczej rozrywkowe, jedynie lekko zahaczając o sprawy poważniejsze, tak historia zawarta w „Calderze” głównie skupia się na kwestiach niezwykle istotnych i niepokojących. Autorka fantastycznie opisała tutaj życie w sekcie, to, jak taka grupa funkcjonuje, na czym opiera się jej wiara w wodza, czyli człowieka, który jej przewodzi, a także to, jak ludzie zostają do takiej społeczności werbowani. Wszystkie te informacje są niezwykle ciekawe, opisane bardzo plastycznie i obrazowo, a cała ta otoczka związana z sektą wzbudza w czytelniku mnóstwo silnych emocji. Przede wszystkim jest to ogromny niepokój i dyskomfort, a także współczucie, choćby wobec dzieci, wychowujących się tam wbrew ich woli. Mia Sheridan odkrywa przed czytelnikiem wszystkie aspekty życia w Akadii i jednocześnie pokazuje, jak wielkimi oszustami i hipokrytami potrafią być ludzie. 

Nie jest to jednak powieść tylko poważna, przygnębiająca i prowadząca do rozmaitych przemyśleń i refleksji. Na tle doskonale stworzonej przez autorkę sekty, rozgrywa się przepiękna historia miłosna, która wzruszy dogłębnie niejedną czytelniczkę i może nawet niejednego czytelnika. Miłość Eden i Caldera jest tak oczywista, przychodzi tak naturalnie, że każdy od pierwszych stron im kibicuje. Jest to uczucie z góry skazane na porażkę, a mimo to na tyle silne, by przetrwać wszelkie trudy. Dzieci, a później nastolatkowie, walczą o każdą możliwą chwilę bycia razem i zakochują się w sobie bez pamięci. Mia Sheridan oczywiście nie skąpi czytelnikom wielu scen erotycznych, co jednak nie jest minusem, a zdecydowanie zaletą. Wszystkie zbliżenia opisane są ze smakiem, bardzo subtelnie i z nieprzesadzoną pikanterią.

„Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była urzekająca, cudowna. I niech bogowie mi wybaczą, ale ziarno miłości, które we mnie zakiełkowało; ziarno, którego przyrzekałem nie pielęgnować, i tak rosło z każdą chwilą. [...] Usidliła mnie. Ja byłem polem, a ona powojem. Zawładnęła mną. Tak po prostu. A może nie tak po prostu? Może rozkwitała we mnie od lat? Ale w owej chwili nie potrafiłem nazwać tego inaczej.
Ona nie jest twoja – szepnąłem w myślach…”

„Calder. Narodziny odwagi” to wspaniała powieść o tym, jak wielką moc ma miłość. Pokazuje, że jest to uczucie, które może przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu, daje nadzieję, otuchę, siłę do walki. Historia jest naprawdę godna uwagi - niesztampowa, bo oprócz romansu genialnie przedstawia wszystkie aspekty życia w sekcie, świetnie napisana - czyta się niezwykle lekko i przyjemnie, a mimo że akcja nie gna na łeb, na szyję, to niesamowicie wciąga, a także wywołująca ogrom przeróżnych emocji - od oburzenia i smutku, przez wzruszenie, do radości i śmiechu. Polecam serdecznie wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać żadnej z książek Mii Sheridan, a ja już zabieram się za następną z jej powieści!

Dziękuję!

28 lipca, 2016

Bookathon Polska - edycja 2016! Podsumowanie :)

Hej!
Jak pewnie wiecie, w dniach 4-10 lipca tego roku, odbywała się kolejna edycja Bookathonu w Polsce. Tym razem ze względu na wakacje i dużo wolnego czasu postanowiłam, że wezmę z nim udział i dzisiaj mam dla Was małe podsumowanie tego, co udało mi się przeczytać :)


Wyzwań było 6, z czego udało mi się wypełnić... no powiedzmy, że wszystkie :D
1. WAKACJE Z DUCHAMI (Pomiędzy, Tara Hudson)
2. DOKOŃCZENIE LUB ROZPOCZĘCIE SERII (Spętani przez bogów, Josephine Angelini)
3. AUTOR O TWOIM IMIENIU LUB INICJAŁACH (j.w.)
4. LATO Z KRYMINAŁEM (Gdzie jest Mia?, Alexandra Burt)
5. KSIĄŻKA Z TWOIM ZAWODEM (Spętani przez bogów, Josephine Angelini)
6. WAKACYJNA MIŁOŚĆ (Ktoś mnie pokocha, m.in. Stephanie Perkins)
7. PRZECZYTAJ 1500 STRON 


PONIEDZIAŁEK:
Dzień zaczęłam z książką „Red Rising. Gwiazda zaranna”, którą zaczęłam jeszcze przed Bookathonem i niestety nie udało mi się jej skończyć wcześniej, dlatego nieco zaburzyła moje plany i załapała się już na pierwszy dzień maratonu. Przeczytałam jej 190 stron, tym samym kończąc książkę. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam przygodę z „Pomiędzy” autorstwa Tary Hudson, którego to udało mi się przeczytać 124 strony. Podsumowując, w poniedziałek przeczytałam 314 stron.

WTOREK:
Skończyłam „Pomiędzy”, czyli przeczytałam 220 stron, a także zaczęłam czytać zbiór opowiadań  „Ktoś mnie pokocha” - 42 strony. Łącznie pokonałam więc 262 strony.

ŚRODA:
Oto zaczęły się moje 3 średnie dni czytelnicze, które na tle pozostałych wypadają dość słabo, ale zawsze coś było przeczytane! :D Kontynuacja opowiadań - 150 stron.

CZWARTEK:
Kontynuacja opowiadań - 168 stron.

PIĄTEK:
Kontynuacja i SKOŃCZENIE opowiadań - 128 stron.

SOBOTA:
Dzień, z którego jestem dumna najbardziej, bo przeczytałam książkę w całości! „Gdzie jest Mia?” - 416 stron.

NIEDZIELA:
Zaczęłam ostatnią powieść, jaką wyznaczyłam sobie na ten tydzień, czyli „Spętani przez bogów”, jednak nie udało mi się jej skończyć. Przeczytałam 167 stron, a resztę pochłonęłam w poniedziałek.


Łącznie udało mi się przeczytać 1605 stron!

Recenzje książek „Red Rising. Gwiazda zaranna”„Gdzie jest Mia?” już na blogu (wystarczy kliknąć na tytuł), a pozostałe trzy książki pojawią się niebawem w nowej serii na blogu, w której będę pokrótce przedstawiać Wam swoje opinie o przeczytanych ostatnio pozycjach (około 3 książki w jednym wpisie). 

Ogólnie jestem zadowolona ze swojego wyniku i bardzo lubię takie akcje, bo pomagają się zmobilizować do czytania większej ilości książek i są przede wszystkim świetną zabawą! A Wy co o tym sądzicie? Braliście udział w tej lub podobnych akcjach? Dajcie znać w komentarzach :)

20 lipca, 2016

Red Rising. Gwiazda zaranna - Pierce Brown

Autor: Pierce Brown
Wydawnictwo: Drageus
Ilość stron: 592

„Synu mój, synu mój,
Pamiętaj niewolę,
Gdy Złoci rządzili żelazną ręką.
Krzyczeliśmy, krzyczeliśmy,
Wołając o swoje,
Wołając o lepsze sny.”




„Gwiazda zaranna” to trzeci i zarazem ostatni tom genialnej trylogii „Red Rising” autorstwa Pierce'a Browna, opowiadającej o przygodach Darrowa au Andromedusa. Tym razem już na samym początku historia przybiera zły obrót i główny bohater znajduje się w niebezpieczeństwie. Traci część przyjaciół, a jego dzień Triumfu kończy się fiaskiem. Wszystko, co jest mu drogie - Synowie Aresa, rodzina, ukochana - znika, a on sam trafia w niewolę. Tajemnica jego przemiany z Czerwonego w Złotego wychodzi na jaw, teraz już cały świat wie o jego intrydze. Zamknięty w ciemnej celi, Darrow powoli popada w obłęd. Okazuje się jednak, że nie wszyscy jego sprzymierzeńcy zginęli. Ktoś nadal pragnie go odnaleźć i uwolnić. Muszą się jednak pospieszyć, bo społeczeństwo coraz bardziej się buntuje - PodKolory przygotowują powstanie przeciw władzy, a wśród Złotych zauważalny jest coraz większy rozłam. Powoli w całym Układzie Słonecznym wybucha wojna. 

Kiedy skończyłam czytać drugą część tej trylogii, byłam jednocześnie zszokowana, rozdrażniona i pod ogromnym wrażeniem tego, co właśnie miałam okazję poznać. Autor tak okrutnie zakończył ten środkowy tom, że oczekiwanie na finał całej historii było prawdziwą męczarnią. Muszę jednak przyznać już po lekturze „Gwiazdy zarannej”, że ta książka jest warta każdego zniecierpliwienia i każdej minuty spędzonej na zastanawianiu się, co takiego Pierce Brown zaserwuje czytelnikom na koniec. 

A dzieje się, oj dzieje! Jest to najdłuższy, a zarazem najbardziej epicki z wszystkich trzech tomów trylogii. Akcja pędzi od pierwszych stron i nie ma ani chwili na wytchnienie. Już wcześniej sądziłam, że Pierce Brown jest niesamowicie utalentowanym pisarzem, ale to, co zrobił w „Gwieździe zarannej”... chapeau bas! Czapki z głów, naprawdę. Biorąc pod uwagę jego młody wiek i to, że „Red Rising” jest jego debiutem, tylko potęguje moje pozytywne wrażenia po lekturze. Przede wszystkim fabuła jest niesamowita. Sam pomysł na rozwinięcie tych intryg politycznych w wojnę i to w całym Układzie Słonecznym jest świetny. Poza tym nie czytałam jeszcze serii, w której byłoby tyle nieprzewidzianych zwrotów akcji i tyle nowatorskich, nieszablonowych rozwiązań. Pierce Brown zaskakuje czytelnika dosłownie na każdym kroku i nie sposób się domyślić, co takiego jeszcze planuje. Jego decyzje bywają często brutalne i trudne dla czytelnika, który na tym etapie jest już mocno związany z całą tą historią, jednak nadaje jej to z pewnością większego realizmu, a także wzbudza w czytelniku wielkie emocje, co tylko wpływa na korzyść przy końcowej ocenie.

„-[...] Powiedziała, że jestem głupcem. Może ma rację. Może zbyt wiele oczekiwałem.[...]
- Sevro, można o tobie wiele złego powiedzieć. Śmierdzisz. Jesteś mały. Masz kontrowersyjny gust, jeśli chodzi o tatuaże. Twoje zamiłowania pornograficzne są... uch, ekscentryczne. I masz naprawdę dziwaczne paznokcie u nóg. [...]
- Dziwaczne?
- Są naprawdę długie, kumplu. Może... powinieneś je przyciąć.
- Nie. Przydają się do przyczepiania.
Mrużę oczy niepewny, czy Sevro żartuje, ale zaraz się opanowuję i staram się jak najlepiej wyrazić, o co mi chodzi.
- Cóż... Można wiele o tobie powiedzieć, chłopaku, ale nie to, że jesteś głupi.” 

„Gwiazdę zaranną”, oprócz pędzącej akcji, charakteryzuje też świetne rozwinięcie tła całej historii. Jak już wspomniałam, intrygi przenoszą się ze znanych nam z poprzednich części Marsa i Księżyca na cały Układ Słoneczny, mamy więc okazję poznać nieco inne planety, orbity i księżyce. Dodatkowo ujęły mnie pięknie opisane krajobrazy krainy Ragnara - krainy prześlicznej, mimo że niezwykle surowej i niebezpiecznej. Pierce Brown świetnie wykorzystał potencjał swojego pomysłu i oprócz zachwytów nad samą fabułą, muszę pochwalić też wykonanie i dopracowanie powieści. Język jest bardzo przystępny i łatwy w odbiorze, jednak mimo to czytelnik musi cały czas pozostać w skupieniu i uważnie śledzić każdy dialog i opis, bo tekst naszpikowany jest szczegółami, zdarzeniami, które dzieją się tak błyskawicznie, że autor poświęca im dosłownie po kilka zdań. Opisy bitew, walk między okrętami - to jedne z tych momentów, kiedy każdy mały detal zawarty w tekście buduje dynamiczność tych scen. Książka nie należy do najcieńszych, bo liczy sobie prawie sześćset stron, a mimo to nie ma w niej lania wody. Każde słowo jest na wagę złota.

Tym, co jeszcze charakteryzuje „Gwiazdę zaranną”, tak jak i pozostałe dwa tomy, jest znakomity humor. Autor idealnie posługuje się sarkazmem i ironią, a dialogi bywają przekomiczne. Szczególnie wypowiedzi Sevra, który w tym tomie stał się chyba moją ulubioną postacią z całej trylogii. Uwielbiam jego cięty język, to jaki jest dumny i honorowy, a jednocześnie jak bardzo zależy mu na rodzinie i przyjaciołach. Każdy z bohaterów bardzo dojrzał od czasów Instytutu, które poznajemy w pierwszym tomie. Teraz są to dorośli ludzie, doświadczeni w walce i życiu wśród zwaśnionych rodów. Niestety życie weryfikuje i Ci, których kiedyś Darrow mógł nazwać przyjaciółmi, okazują się być zupełnie kimś innym. Nie wiadomo komu można zaufać, a kto za moment wbije Ci nóż w plecy. Postaci co rusz zaskakują, potrafią zarówno stracić, jak i zyskać sobie sympatię czytelnika w jednej chwili.

„Gwiazda zaranna” to genialne zakończenie mojej ulubionej trylogii fantastycznej. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogłam poznać całą historię Darrowa, jego przyjaciół, a także świat wykreowany przez Pierce'a Browna. To była wspaniała przygoda i okrutnie mi smutno, że to już koniec. Jestem jednak pewna, że jeszcze nie raz i nie dwa wrócę do tych książek, a jeżeli wy jeszcze ich nie czytaliście, to wiedzcie, że ogromnie zazdroszczę i z całego serce zachęcam do lektury!

15 lipca, 2016

Gdzie jest Mia? - Alexandra Burt

Autor: Alexandra Burt
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 416

„Nie wiem, gdzie jest moja córka. To bardzo ogólne stwierdzenie, obejmujące wszystkie możliwe okoliczności, lecz nie wskazujące na żadną z nich. Bez wytykania winnych palcami i określania charakteru przestępstwa. Prosty fakt. Nie wiem, gdzie jest moja córka. [...] Nikt mi nie pomoże. Nikt mi nie pomoże. Nikt mi nie pomoże.”




Co może być dla rodzica gorsze niż śmierć jego dziecka? Chyba tylko jego zaginięcie. Nie wiadomo wtedy, co się z nim dzieje, czy jest bezpieczne, czy może przebywa w jakimś toksycznym, patologicznym środowisku, czy dzieje mu się krzywda albo już nie żyje. Ta niewiedza jest dla bliskich niesamowicie dotkliwa i okrutniejsza niż jakiekolwiek złe fakty. Jako obserwator takich sytuacji jestem w stanie wyobrazić sobie co czuje rodzic, tracąc w taki sposób swoje dziecko i co jest w stanie zrobić byle je odnaleźć i móc chronić. Ale co się dzieje w przypadku, gdy sama matka jest podejrzewana o porwanie? Co się dzieje, kiedy ona sama nie potrafi potwierdzić swojej niewinności?

W powieści „Gdzie jest Mia?” autorstwa Alexandry Burt poznajemy historię Estelle Paradise, której kilkumiesięczna córeczka zaginęła. Kobieta budzi się w szpitalu po tym, jak została znaleziona na dnie wąwozu bliska śmierci, z raną postrzałową głowy i amnezją, i powoli próbuje sobie przypominać fakty sprzed wypadku. Kiedy dociera do niej, że Mia zniknęła, Estelle wpada w panikę i gorączkowo analizuje wszystkie zdarzenia. Dowiadujemy się, że kilka dni przed wypadkiem, odkryła ona, że łóżeczko córki jest puste. Co dziwniejsze, zniknęły też wszelkie ślady jej wcześniejszej obecności - butelki, zabawki, ubranka, pieluszki - wszystko. Kobieta nie potrafi wyjaśnić, jak mogło dojść do takiego zdarzenia, nie potrafi wytłumaczyć co się z nią wtedy działo, jest kompletnie zagubiona. Zachowanie Estelle i osobliwe okoliczności zaginięcia dziecka sprawiają, że staje się ona jedną z głównych podejrzanych w oczach policji i mediów. Czy słusznie? Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy?

O tym, że „Gdzie jest Mia?” jest debiutancką powieścią Alexandry Burt, dowiedziałam się dopiero po lekturze i muszę przyznać, że byłam w ogromnym szoku. Bo tym, co przede wszystkim ujęło mnie w tej powieści nie jest sam pomysł na fabułę, zaskakujące zwroty akcji, czy umiejętność utrzymania czytelnika w ciągłym napięciu. To wszystko oczywiście tutaj jest, jednak nie robi takiego wrażenia, jak sam sposób napisania tej książki i po prostu styl autorki. Narracja jest pierwszoosobowa, a prowadzi ją sama Estelle, czyli postać kobiety zagubionej, zdezorientowanej, która sama nie potrafi oddzielić faktycznych zdarzeń od tworów swojej wyobraźni. Jest to osoba chora, cierpiąca na depresję, a później nawet psychozę poporodową. Osoba, która przez swoje zaburzenia nie jest w stanie zająć się własnym dzieckiem, a co dopiero dobrze je chronić przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego. Przez całą fabułę obserwujemy wewnętrzną walkę Estelle, walkę ze wspomnieniami, ale także walkę z chorobą i niezrozumieniem ze strony męża. Czytelnik może przez chwilę postawić się na jej miejscu, razem z nią analizować wydarzenia, zastanawiać się co tak naprawdę się stało, a także wysnuć mnóstwo refleksji na tematy chorób psychicznych, trudów macierzyństwa i życia w małżeństwie. 

Alexandra Burt podjęła się niełatwego tematu, co zaowocowało naprawdę dobrą książką. Może i fabuła nie jest jakimś ogromnym powiewem świeżości, a podobne rozwiązania już gdzieś tam się pojawiły, natomiast autorka dodała od siebie kilka smaczków, motywów, które zaskakują i uatrakcyjniają historię. Powieść czyta się z rosnącym zainteresowaniem, chłonąc każde słowo, a strony dosłownie umykają jedna za drugą. Ja „połknęłam” całą historię w jeden dzień i czuję ogromny niedosyt twórczości Alexandry Burt! Z niecierpliwością czekam na inne jej książki w Polsce, a wam polecam sięgnąć po jej debiut. Miłośnicy dobrych thrillerów ze świetnie nakreślonymi portretami psychologicznymi postaci na pewno nie będą zawiedzeni. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!