29 lipca, 2016

Calder. Narodziny odwagi - Mia Sheridan


Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem
Ilość stron: 376

„- Skąd czerpiesz swoją siłę, Blasku Poranka? - zapytałem cicho. 
- Od ciebie [...]”





Calder to chłopiec, który od najmłodszych lat wychowuje się w sekcie. Nie zna innego świata poza swoją wioską, nie zna innych praw, niż te panujące wśród owej społeczności, nie zna nowoczesnych wynalazków ułatwiających ludziom życie - jego wiedza na tematy niezwiązane z prostym życiem w Akadii jest niesamowicie ograniczona. Dobrze mu się żyje wśród swoich przyjaciół, rodziny, pracując i wykonując swoje codzienne obowiązki w oczekiwaniu na przewidywany przez wodza koniec świata. Wszystko się zmienia, kiedy poznaje Eden - śliczną dziewczynkę, która zjawia się w wiosce pod opieką Hectora, czyli proroka Akadii, którego w wieku lat osiemnastu ma poślubić, aby jego przepowiednia mogła się spełnić. Calder zakochuje się z wzajemnością, jednak nastolatkowie nie mogą się z ową miłością afiszować, gdyż Eden jest skazana na ślub z wodzem. Powoli obydwoje podważają swoją wiarę i wykazują się ogromną odwagą w walce o swoje uczucia i samodzielne życie.

„- Hm... w takim razie od gwiazd możemy się niejednego nauczyć, choćby te nauki pochodziły sprzed tysięcy lat. 
- Na przykład czego? 
Umilkłam na chwilę. - Że niektóre rzeczy lepiej widać w świetle... a niektóre wychodzą na jaw w ciemności.”

Twórczość Mii Sheridan miałam już okazję poznać, czytając jakiś czas temu powieść „Stinger. Żądło pożądania”, która podobała mi się bardzo i od razu miałam ochotę sięgnąć po inne pozycje autorki. Padło na „Calder. Narodziny odwagi”, czyli książkę napisaną na równie dobrym poziomie, co ta wspomniana wcześniej, równie wciągającą i oczarowującą bohaterami, natomiast o zupełnie innym motywie przewodnim. Tak jak ta pierwsza poruszała tematy raczej rozrywkowe, jedynie lekko zahaczając o sprawy poważniejsze, tak historia zawarta w „Calderze” głównie skupia się na kwestiach niezwykle istotnych i niepokojących. Autorka fantastycznie opisała tutaj życie w sekcie, to, jak taka grupa funkcjonuje, na czym opiera się jej wiara w wodza, czyli człowieka, który jej przewodzi, a także to, jak ludzie zostają do takiej społeczności werbowani. Wszystkie te informacje są niezwykle ciekawe, opisane bardzo plastycznie i obrazowo, a cała ta otoczka związana z sektą wzbudza w czytelniku mnóstwo silnych emocji. Przede wszystkim jest to ogromny niepokój i dyskomfort, a także współczucie, choćby wobec dzieci, wychowujących się tam wbrew ich woli. Mia Sheridan odkrywa przed czytelnikiem wszystkie aspekty życia w Akadii i jednocześnie pokazuje, jak wielkimi oszustami i hipokrytami potrafią być ludzie. 

Nie jest to jednak powieść tylko poważna, przygnębiająca i prowadząca do rozmaitych przemyśleń i refleksji. Na tle doskonale stworzonej przez autorkę sekty, rozgrywa się przepiękna historia miłosna, która wzruszy dogłębnie niejedną czytelniczkę i może nawet niejednego czytelnika. Miłość Eden i Caldera jest tak oczywista, przychodzi tak naturalnie, że każdy od pierwszych stron im kibicuje. Jest to uczucie z góry skazane na porażkę, a mimo to na tyle silne, by przetrwać wszelkie trudy. Dzieci, a później nastolatkowie, walczą o każdą możliwą chwilę bycia razem i zakochują się w sobie bez pamięci. Mia Sheridan oczywiście nie skąpi czytelnikom wielu scen erotycznych, co jednak nie jest minusem, a zdecydowanie zaletą. Wszystkie zbliżenia opisane są ze smakiem, bardzo subtelnie i z nieprzesadzoną pikanterią.

„Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była urzekająca, cudowna. I niech bogowie mi wybaczą, ale ziarno miłości, które we mnie zakiełkowało; ziarno, którego przyrzekałem nie pielęgnować, i tak rosło z każdą chwilą. [...] Usidliła mnie. Ja byłem polem, a ona powojem. Zawładnęła mną. Tak po prostu. A może nie tak po prostu? Może rozkwitała we mnie od lat? Ale w owej chwili nie potrafiłem nazwać tego inaczej.
Ona nie jest twoja – szepnąłem w myślach…”

„Calder. Narodziny odwagi” to wspaniała powieść o tym, jak wielką moc ma miłość. Pokazuje, że jest to uczucie, które może przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu, daje nadzieję, otuchę, siłę do walki. Historia jest naprawdę godna uwagi - niesztampowa, bo oprócz romansu genialnie przedstawia wszystkie aspekty życia w sekcie, świetnie napisana - czyta się niezwykle lekko i przyjemnie, a mimo że akcja nie gna na łeb, na szyję, to niesamowicie wciąga, a także wywołująca ogrom przeróżnych emocji - od oburzenia i smutku, przez wzruszenie, do radości i śmiechu. Polecam serdecznie wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać żadnej z książek Mii Sheridan, a ja już zabieram się za następną z jej powieści!

Dziękuję!

28 lipca, 2016

Bookathon Polska - edycja 2016! Podsumowanie :)

Hej!
Jak pewnie wiecie, w dniach 4-10 lipca tego roku, odbywała się kolejna edycja Bookathonu w Polsce. Tym razem ze względu na wakacje i dużo wolnego czasu postanowiłam, że wezmę z nim udział i dzisiaj mam dla Was małe podsumowanie tego, co udało mi się przeczytać :)


Wyzwań było 6, z czego udało mi się wypełnić... no powiedzmy, że wszystkie :D
1. WAKACJE Z DUCHAMI (Pomiędzy, Tara Hudson)
2. DOKOŃCZENIE LUB ROZPOCZĘCIE SERII (Spętani przez bogów, Josephine Angelini)
3. AUTOR O TWOIM IMIENIU LUB INICJAŁACH (j.w.)
4. LATO Z KRYMINAŁEM (Gdzie jest Mia?, Alexandra Burt)
5. KSIĄŻKA Z TWOIM ZAWODEM (Spętani przez bogów, Josephine Angelini)
6. WAKACYJNA MIŁOŚĆ (Ktoś mnie pokocha, m.in. Stephanie Perkins)
7. PRZECZYTAJ 1500 STRON 


PONIEDZIAŁEK:
Dzień zaczęłam z książką „Red Rising. Gwiazda zaranna”, którą zaczęłam jeszcze przed Bookathonem i niestety nie udało mi się jej skończyć wcześniej, dlatego nieco zaburzyła moje plany i załapała się już na pierwszy dzień maratonu. Przeczytałam jej 190 stron, tym samym kończąc książkę. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam przygodę z „Pomiędzy” autorstwa Tary Hudson, którego to udało mi się przeczytać 124 strony. Podsumowując, w poniedziałek przeczytałam 314 stron.

WTOREK:
Skończyłam „Pomiędzy”, czyli przeczytałam 220 stron, a także zaczęłam czytać zbiór opowiadań  „Ktoś mnie pokocha” - 42 strony. Łącznie pokonałam więc 262 strony.

ŚRODA:
Oto zaczęły się moje 3 średnie dni czytelnicze, które na tle pozostałych wypadają dość słabo, ale zawsze coś było przeczytane! :D Kontynuacja opowiadań - 150 stron.

CZWARTEK:
Kontynuacja opowiadań - 168 stron.

PIĄTEK:
Kontynuacja i SKOŃCZENIE opowiadań - 128 stron.

SOBOTA:
Dzień, z którego jestem dumna najbardziej, bo przeczytałam książkę w całości! „Gdzie jest Mia?” - 416 stron.

NIEDZIELA:
Zaczęłam ostatnią powieść, jaką wyznaczyłam sobie na ten tydzień, czyli „Spętani przez bogów”, jednak nie udało mi się jej skończyć. Przeczytałam 167 stron, a resztę pochłonęłam w poniedziałek.


Łącznie udało mi się przeczytać 1605 stron!

Recenzje książek „Red Rising. Gwiazda zaranna”„Gdzie jest Mia?” już na blogu (wystarczy kliknąć na tytuł), a pozostałe trzy książki pojawią się niebawem w nowej serii na blogu, w której będę pokrótce przedstawiać Wam swoje opinie o przeczytanych ostatnio pozycjach (około 3 książki w jednym wpisie). 

Ogólnie jestem zadowolona ze swojego wyniku i bardzo lubię takie akcje, bo pomagają się zmobilizować do czytania większej ilości książek i są przede wszystkim świetną zabawą! A Wy co o tym sądzicie? Braliście udział w tej lub podobnych akcjach? Dajcie znać w komentarzach :)

20 lipca, 2016

Red Rising. Gwiazda zaranna - Pierce Brown

Autor: Pierce Brown
Wydawnictwo: Drageus
Ilość stron: 592

„Synu mój, synu mój,
Pamiętaj niewolę,
Gdy Złoci rządzili żelazną ręką.
Krzyczeliśmy, krzyczeliśmy,
Wołając o swoje,
Wołając o lepsze sny.”




„Gwiazda zaranna” to trzeci i zarazem ostatni tom genialnej trylogii „Red Rising” autorstwa Pierce'a Browna, opowiadającej o przygodach Darrowa au Andromedusa. Tym razem już na samym początku historia przybiera zły obrót i główny bohater znajduje się w niebezpieczeństwie. Traci część przyjaciół, a jego dzień Triumfu kończy się fiaskiem. Wszystko, co jest mu drogie - Synowie Aresa, rodzina, ukochana - znika, a on sam trafia w niewolę. Tajemnica jego przemiany z Czerwonego w Złotego wychodzi na jaw, teraz już cały świat wie o jego intrydze. Zamknięty w ciemnej celi, Darrow powoli popada w obłęd. Okazuje się jednak, że nie wszyscy jego sprzymierzeńcy zginęli. Ktoś nadal pragnie go odnaleźć i uwolnić. Muszą się jednak pospieszyć, bo społeczeństwo coraz bardziej się buntuje - PodKolory przygotowują powstanie przeciw władzy, a wśród Złotych zauważalny jest coraz większy rozłam. Powoli w całym Układzie Słonecznym wybucha wojna. 

Kiedy skończyłam czytać drugą część tej trylogii, byłam jednocześnie zszokowana, rozdrażniona i pod ogromnym wrażeniem tego, co właśnie miałam okazję poznać. Autor tak okrutnie zakończył ten środkowy tom, że oczekiwanie na finał całej historii było prawdziwą męczarnią. Muszę jednak przyznać już po lekturze „Gwiazdy zarannej”, że ta książka jest warta każdego zniecierpliwienia i każdej minuty spędzonej na zastanawianiu się, co takiego Pierce Brown zaserwuje czytelnikom na koniec. 

A dzieje się, oj dzieje! Jest to najdłuższy, a zarazem najbardziej epicki z wszystkich trzech tomów trylogii. Akcja pędzi od pierwszych stron i nie ma ani chwili na wytchnienie. Już wcześniej sądziłam, że Pierce Brown jest niesamowicie utalentowanym pisarzem, ale to, co zrobił w „Gwieździe zarannej”... chapeau bas! Czapki z głów, naprawdę. Biorąc pod uwagę jego młody wiek i to, że „Red Rising” jest jego debiutem, tylko potęguje moje pozytywne wrażenia po lekturze. Przede wszystkim fabuła jest niesamowita. Sam pomysł na rozwinięcie tych intryg politycznych w wojnę i to w całym Układzie Słonecznym jest świetny. Poza tym nie czytałam jeszcze serii, w której byłoby tyle nieprzewidzianych zwrotów akcji i tyle nowatorskich, nieszablonowych rozwiązań. Pierce Brown zaskakuje czytelnika dosłownie na każdym kroku i nie sposób się domyślić, co takiego jeszcze planuje. Jego decyzje bywają często brutalne i trudne dla czytelnika, który na tym etapie jest już mocno związany z całą tą historią, jednak nadaje jej to z pewnością większego realizmu, a także wzbudza w czytelniku wielkie emocje, co tylko wpływa na korzyść przy końcowej ocenie.

„-[...] Powiedziała, że jestem głupcem. Może ma rację. Może zbyt wiele oczekiwałem.[...]
- Sevro, można o tobie wiele złego powiedzieć. Śmierdzisz. Jesteś mały. Masz kontrowersyjny gust, jeśli chodzi o tatuaże. Twoje zamiłowania pornograficzne są... uch, ekscentryczne. I masz naprawdę dziwaczne paznokcie u nóg. [...]
- Dziwaczne?
- Są naprawdę długie, kumplu. Może... powinieneś je przyciąć.
- Nie. Przydają się do przyczepiania.
Mrużę oczy niepewny, czy Sevro żartuje, ale zaraz się opanowuję i staram się jak najlepiej wyrazić, o co mi chodzi.
- Cóż... Można wiele o tobie powiedzieć, chłopaku, ale nie to, że jesteś głupi.” 

„Gwiazdę zaranną”, oprócz pędzącej akcji, charakteryzuje też świetne rozwinięcie tła całej historii. Jak już wspomniałam, intrygi przenoszą się ze znanych nam z poprzednich części Marsa i Księżyca na cały Układ Słoneczny, mamy więc okazję poznać nieco inne planety, orbity i księżyce. Dodatkowo ujęły mnie pięknie opisane krajobrazy krainy Ragnara - krainy prześlicznej, mimo że niezwykle surowej i niebezpiecznej. Pierce Brown świetnie wykorzystał potencjał swojego pomysłu i oprócz zachwytów nad samą fabułą, muszę pochwalić też wykonanie i dopracowanie powieści. Język jest bardzo przystępny i łatwy w odbiorze, jednak mimo to czytelnik musi cały czas pozostać w skupieniu i uważnie śledzić każdy dialog i opis, bo tekst naszpikowany jest szczegółami, zdarzeniami, które dzieją się tak błyskawicznie, że autor poświęca im dosłownie po kilka zdań. Opisy bitew, walk między okrętami - to jedne z tych momentów, kiedy każdy mały detal zawarty w tekście buduje dynamiczność tych scen. Książka nie należy do najcieńszych, bo liczy sobie prawie sześćset stron, a mimo to nie ma w niej lania wody. Każde słowo jest na wagę złota.

Tym, co jeszcze charakteryzuje „Gwiazdę zaranną”, tak jak i pozostałe dwa tomy, jest znakomity humor. Autor idealnie posługuje się sarkazmem i ironią, a dialogi bywają przekomiczne. Szczególnie wypowiedzi Sevra, który w tym tomie stał się chyba moją ulubioną postacią z całej trylogii. Uwielbiam jego cięty język, to jaki jest dumny i honorowy, a jednocześnie jak bardzo zależy mu na rodzinie i przyjaciołach. Każdy z bohaterów bardzo dojrzał od czasów Instytutu, które poznajemy w pierwszym tomie. Teraz są to dorośli ludzie, doświadczeni w walce i życiu wśród zwaśnionych rodów. Niestety życie weryfikuje i Ci, których kiedyś Darrow mógł nazwać przyjaciółmi, okazują się być zupełnie kimś innym. Nie wiadomo komu można zaufać, a kto za moment wbije Ci nóż w plecy. Postaci co rusz zaskakują, potrafią zarówno stracić, jak i zyskać sobie sympatię czytelnika w jednej chwili.

„Gwiazda zaranna” to genialne zakończenie mojej ulubionej trylogii fantastycznej. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogłam poznać całą historię Darrowa, jego przyjaciół, a także świat wykreowany przez Pierce'a Browna. To była wspaniała przygoda i okrutnie mi smutno, że to już koniec. Jestem jednak pewna, że jeszcze nie raz i nie dwa wrócę do tych książek, a jeżeli wy jeszcze ich nie czytaliście, to wiedzcie, że ogromnie zazdroszczę i z całego serce zachęcam do lektury!

15 lipca, 2016

Gdzie jest Mia? - Alexandra Burt

Autor: Alexandra Burt
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 416

„Nie wiem, gdzie jest moja córka. To bardzo ogólne stwierdzenie, obejmujące wszystkie możliwe okoliczności, lecz nie wskazujące na żadną z nich. Bez wytykania winnych palcami i określania charakteru przestępstwa. Prosty fakt. Nie wiem, gdzie jest moja córka. [...] Nikt mi nie pomoże. Nikt mi nie pomoże. Nikt mi nie pomoże.”




Co może być dla rodzica gorsze niż śmierć jego dziecka? Chyba tylko jego zaginięcie. Nie wiadomo wtedy, co się z nim dzieje, czy jest bezpieczne, czy może przebywa w jakimś toksycznym, patologicznym środowisku, czy dzieje mu się krzywda albo już nie żyje. Ta niewiedza jest dla bliskich niesamowicie dotkliwa i okrutniejsza niż jakiekolwiek złe fakty. Jako obserwator takich sytuacji jestem w stanie wyobrazić sobie co czuje rodzic, tracąc w taki sposób swoje dziecko i co jest w stanie zrobić byle je odnaleźć i móc chronić. Ale co się dzieje w przypadku, gdy sama matka jest podejrzewana o porwanie? Co się dzieje, kiedy ona sama nie potrafi potwierdzić swojej niewinności?

W powieści „Gdzie jest Mia?” autorstwa Alexandry Burt poznajemy historię Estelle Paradise, której kilkumiesięczna córeczka zaginęła. Kobieta budzi się w szpitalu po tym, jak została znaleziona na dnie wąwozu bliska śmierci, z raną postrzałową głowy i amnezją, i powoli próbuje sobie przypominać fakty sprzed wypadku. Kiedy dociera do niej, że Mia zniknęła, Estelle wpada w panikę i gorączkowo analizuje wszystkie zdarzenia. Dowiadujemy się, że kilka dni przed wypadkiem, odkryła ona, że łóżeczko córki jest puste. Co dziwniejsze, zniknęły też wszelkie ślady jej wcześniejszej obecności - butelki, zabawki, ubranka, pieluszki - wszystko. Kobieta nie potrafi wyjaśnić, jak mogło dojść do takiego zdarzenia, nie potrafi wytłumaczyć co się z nią wtedy działo, jest kompletnie zagubiona. Zachowanie Estelle i osobliwe okoliczności zaginięcia dziecka sprawiają, że staje się ona jedną z głównych podejrzanych w oczach policji i mediów. Czy słusznie? Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy?

O tym, że „Gdzie jest Mia?” jest debiutancką powieścią Alexandry Burt, dowiedziałam się dopiero po lekturze i muszę przyznać, że byłam w ogromnym szoku. Bo tym, co przede wszystkim ujęło mnie w tej powieści nie jest sam pomysł na fabułę, zaskakujące zwroty akcji, czy umiejętność utrzymania czytelnika w ciągłym napięciu. To wszystko oczywiście tutaj jest, jednak nie robi takiego wrażenia, jak sam sposób napisania tej książki i po prostu styl autorki. Narracja jest pierwszoosobowa, a prowadzi ją sama Estelle, czyli postać kobiety zagubionej, zdezorientowanej, która sama nie potrafi oddzielić faktycznych zdarzeń od tworów swojej wyobraźni. Jest to osoba chora, cierpiąca na depresję, a później nawet psychozę poporodową. Osoba, która przez swoje zaburzenia nie jest w stanie zająć się własnym dzieckiem, a co dopiero dobrze je chronić przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego. Przez całą fabułę obserwujemy wewnętrzną walkę Estelle, walkę ze wspomnieniami, ale także walkę z chorobą i niezrozumieniem ze strony męża. Czytelnik może przez chwilę postawić się na jej miejscu, razem z nią analizować wydarzenia, zastanawiać się co tak naprawdę się stało, a także wysnuć mnóstwo refleksji na tematy chorób psychicznych, trudów macierzyństwa i życia w małżeństwie. 

Alexandra Burt podjęła się niełatwego tematu, co zaowocowało naprawdę dobrą książką. Może i fabuła nie jest jakimś ogromnym powiewem świeżości, a podobne rozwiązania już gdzieś tam się pojawiły, natomiast autorka dodała od siebie kilka smaczków, motywów, które zaskakują i uatrakcyjniają historię. Powieść czyta się z rosnącym zainteresowaniem, chłonąc każde słowo, a strony dosłownie umykają jedna za drugą. Ja „połknęłam” całą historię w jeden dzień i czuję ogromny niedosyt twórczości Alexandry Burt! Z niecierpliwością czekam na inne jej książki w Polsce, a wam polecam sięgnąć po jej debiut. Miłośnicy dobrych thrillerów ze świetnie nakreślonymi portretami psychologicznymi postaci na pewno nie będą zawiedzeni. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!

07 lipca, 2016

Dzieci kartografa - Sarah McCoy

Autor: Sarah McCoy
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 416

„Bóg zrządził, aby podążyła ścieżką mężczyzn z rodziny Brownów i kontynuowała ich dzieło. Z odnowioną determinacją obiecała sobie, że odtąd będzie malowała mapy z jeszcze większą precyzją - większą, niż Galileusz rysował swoje mapy gwiazd.”

Abolicjonizm to ruch społeczno-polityczny i ideowy w Europie i obu Amerykach, stawiający sobie za zadanie zniesienie niewolnictwa i związanego z nim handlu czarnoskórą ludnością afrykańską. Walka o abolicję to temat niezwykle istotny, jeśli chodzi o historię ludzkości, a także dający możliwości tworzenia naprawdę wspaniałych, poruszających powieści osnutych w okół tamtych wydarzeń. Jedną z takich książek są Dzieci Kartografa autorstwa Sarah McCoy, które stanowią przykład tego, że można napisać dobrą powieść z gatunku kobiecej prozy, mającej zapewnić relaks i rozrywkę, a jednocześnie bardzo subtelnie wpleść w to tematy poważne, fakty historyczne, wydarzenia wywołujące refleksje i zadumę. 

Akcja powieści toczy się dwutorowo. Początkowo poznajemy Sarah Brown, córkę abolicjonisty Johna Browna, która ze względu na swoją chorobę nie chce się z nikim wiązać i zakładać rodziny, dlatego pewnego dnia postanawia dołączyć do swojego ojca i poświęcić się w życiu ważnej sprawie - jej talent artystyczny może pomóc uratować życie niewolnikom uciekającym na północ. Sarah zaczyna więc malować specjalnie zakamuflowane mapy dla wyzwoleńczego ruchu Kolei Podziemnej. Całkowicie oddaje się kontynuacji dzieła swojego ojca - nadal kreśli mapy, maluje główki lalkom, które służą za drogowskazy, a także ukrywa ścigane rodziny. Natomiast wiele lat później w historii zapisują się dzieje Eden - współczesnej kobiety, która desperacko pragnie dziecka. Przeprowadza się ona z mężem do starego domu na przedmieściach, gdzie w piwnicy znajduje porcelanową główkę lalki. Rozpoczyna małe śledztwo, które pomoże jej rozwikłać zagadkę nowego lokum i poznać historię pewnej wyjątkowej kobiety.

Dzieci Kartografa to wspaniała powieść, w której przeplatają się losy dwóch kobiet na pozór innych od siebie - żyjących w zupełnie różnych epokach, w innych realiach, z inną codziennością. Historia jednak zawsze pozostawia po sobie ślad, a co za tym idzie, Eden dowiaduje się o Sarze. Czytelnik natomiast przez cały bieg fabuły obserwuje obydwie bohaterki i powoli dostrzega między nimi analogię. Łączy je przede wszystkim pragnienie posiadania potomstwa. Chcą mieć szczęśliwe rodziny, chcą dać mężom dzieci, chcą spełnić się w życiu jako kobiety. Kiedy los im tego odmawia, każda z nich w inny sposób próbuje sobie poradzić, znaleźć nowy cel w życiu, przewartościować je w pewnym sensie. Sarah i Eden wspólnie budują historię, która pokazuje, że los bywa przewrotny i przeznaczenie każdego człowieka nie zawsze idzie w parze z jego osobistymi pragnieniami. 

Oprócz tęsknoty za upragnionym macierzyństwem, książka porusza szereg innych istotnych tematów, które wywołują u czytelnika refleksje. Choćby wspomniany już abolicjonizm, podczas którego zasłużona rodzina Brownów pomagała niewolnikom, dając im schronienie i zakamuflowane mapy. Jak odważni musieli być mężczyźni, by narażać swoje życie, pomagając innym, jak dzielne musiały być wówczas kobiety, żegnające swoich mężów i synów, którzy wyjeżdżali by pomagać w ucieczce czarnoskórym, jak wielkoduszna i śmiała musiała być Sarah, by jako kobieta dołączyć do ruchu Kolei Podziemnej i swym talentem chronić niewolników! Czytelnik poznając historię tych ludzi jest pod wrażeniem ludzkiej odwagi i solidarności. Naprawdę wzruszająca jest ta pomoc okazana drugiemu człowiekowi - bo jednak wewnątrz wszyscy jesteśmy tacy sami, nie ma kolorów, nie ma ras. 

Dzieci Kartografa to tak naprawdę dwie odrębne historie, które jednak dopełniają się nawzajem i tworzą idealną harmonię. Współczesność świetnie współgra z kontrastującym XIX wiekiem, a przeplatające się rozdziały sprawiają, że czytelnik poznaje losy obydwu głównych bohaterek równocześnie i ma okazję analizować przy tym różnice kulturowe, inne kanony dobrego zachowania, odmienne krajobrazy i ogólnie kontrastowe realia życia. Całość napisana jest niezwykle przystępnie - powieść czyta się z łatwością, przyjemnie i szybko. Sarah McCoy zabiera czytelnika w podróż pełną emocji, refleksji i głębokich wzruszeń. Zdarzenia rozgrywające się na kartach tej powieści sprawiają, że automatycznie pojawiają się w naszej głowie przemyślenia, odniesienia owych zdarzeń do naszej osobistej codzienności, a także próby postawienia się na miejscu bohaterów. Dzieci Kartografa to piękna książka, którą polecam z czystym sumieniem kobietom w każdym wieku. Warto.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!