13 kwietnia, 2017

Czy to jeszcze przyjaźń, czy to już kochanie? (Chłopak z sąsiedztwa - Kasie West)

Autor: Kasie West
Wydawnictwo: Feeria Young
Ilość stron: 350

„Ponieważ to tutaj jest jak sen. Nie musi być prawdziwe. Wydaje się niemal, że unosimy się tuż za granicą świadomości, mogąc mówić wszystko, cokolwiek zechcemy, a rankiem, jak to bywa ze snami, ten stan się powoli rozwiewa.To tak, jakbyś ty spał teraz w swoim łóżku tam na górze, ja zaś w moim, a tę rozmowę toczyła nasza podświadomość.”



Lubię od czasu do czasu obejrzeć typowy obyczajowy film dla nastolatek, w którym z góry zapewniony jest happy end, a fabuła opiera się głównie na romansie, przyjaźni i rodzinnych perypetiach. Takie historie potrafią niezwykle zrelaksować, poprawić nastrój i dostarczyć rozrywki w nudny wieczór. Przeczytałam ostatnio książkę, której fabuła znakomicie wpisuje się w takie właśnie klimaty i mogłaby się fantastycznie spisać jako scenariusz filmowy. Mowa oczywiście o „Chłopaku z sąsiedztwa” Kasie West, czyli powieści niezwykle lekkiej, przyjemnej i optymistycznej - idealnej na poprawę humoru.

Główną bohaterką jest szesnastoletnia Charlie Reynolds, która wychowywała się bez matki, ale za to w towarzystwie ojca policjanta i trzech starszych braci. Ten fakt z pewnością przyczynił się do tego, że dziewczyna jest chłopczycą - nie nosi makijażu, nie zna się na modzie ani kosmetykach, ubiera się w duże bluzy i obszarpane dżinsy, uwielbia sport, nie umawia się na randki, a także często zakłada się z braćmi o różne szalone rzeczy, których inna dziewczyna nie zrobiłaby z taką łatwością. Pewnego dnia Charlie jest jednak zmuszona do dokonania kilku zmian w swoim dotychczasowym życiu. Kiedy dostaje kolejny mandat za przekroczenie prędkości, ojciec każe jej pójść do pracy i samej go spłacić. Dziewczyna znajduje zatrudnienie w butiku z ubraniami, wiąże się to jednak z lekką zmianą wizerunku. Charlie zaczyna niejako żyć w dwóch światach i ma coraz więcej tajemnic. W pełni otwiera się tylko przed swoim sąsiadem Bradenem, którego zna od dwunastu lat i traktuje jak czwartego brata, podczas ich z początku spontanicznych nocnych spotkań przy płocie... Ale czy to na pewno tylko przyjaźń?

Jak widać, fabuła nie jest ani skomplikowana, ani jakoś wyjątkowo bogata w wątki - całość kręci się wokół Charlie i jej codzienności, a więc mamy do czynienia z prozaicznymi problemami dorastającej dziewczyny. Pojawia się pierwsza miłość, pierwsza praca, nawiązywanie nowych znajomości i przyjaźni, a także relacje rodzinne i związane z nimi wątpliwości i tajemnice. Charlie to dziewczyna, która ledwo pamięta swoją matkę, ponieważ miała zaledwie sześć lat, kiedy ta zginęła w wypadku. W powieści pojawia się wątek dotyczący właśnie ich relacji, tego jak główna bohaterka usiłuje dowiedzieć się czegoś więcej na temat rodzica i odkrywa pewne tajemnice z przeszłości. Kasie West zgrabnie wplata w fabułę ten element dramatyczny, przykry dla wielu postaci, tak, że nie jest on infantylny i dodaje więcej realizmu całej historii.

Bohaterów „Chłopaka z sąsiedztwa” wprost nie da się nie polubić. Cała rodzina Reynoldsów, włączając w to Bradena, jest wykreowana świetnie, a wzajemnych relacji można jej członkom pozazdrościć. Bracia Charlie dodają historii mnóstwa humoru, a każdy z nich jest niezwykle czarujący i troskliwy. Rozwój relacji dziewczyny z Bradenem można natomiast przewidzieć od początku, bo sam tytuł jest już sugestywny. Mimo, że jeszcze na początku powieści łączą go z Charlie czysto przyjacielskie stosunki, to z czasem czytelnik jest w stanie zauważyć sygnały zarówno u jednego, jak i drugiego bohatera, że chcieliby czegoś więcej. Ich nocne rozmowy to wątek, który bardzo urozmaica fabułę i nadaje jej charakterystycznego, wyjątkowego smaczku.

„Chłopak z sąsiedztwa” to powieść dosyć schematyczna i przewidywalna, jednak napisana w taki sposób, że absorbuje całą uwagę czytelnika. Czyta się lekko i przyjemnie, a historia z uroczym wątkiem romantycznym i wspaniałym letnim klimatem w tle znakomicie sprawdzi się na wieczorny relaks po pracy, czy szkole. Polecam serdecznie szczególnie młodzieży, bo to do tej grupy odbiorców skierowana jest ta książka. Myślę, że każda nastolatka znajdzie w Charlie cząstkę siebie, a w całej historii wątki, które odnoszą się do jej codziennych problemów.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

11 kwietnia, 2017

Ukryta Łowczyni - Danielle L. Jensen

Autor: Danielle L. Jensen
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 512

„Jeśli świat spłonie, to ty będziesz miała krew na rękach.”

RECENZJA ZAWIERA SPOILERY DLA OSÓB, KTÓRE NIE CZYTAŁY PIERWSZEGO TOMU




„Trylogia klątwy” to bardzo popularna i świetnie odbierana przez czytelników trzytomowa historia o ludzkiej dziewczynie porwanej przez trolle. Moja przygoda z nią rozpoczęła się kilka tygodni temu, kiedy miałam okazję przeczytać „Porwaną pieśniarkę” i zauroczyłam się już od pierwszych stron. Nic więc dziwnego, że czym prędzej sięgnęłam po kolejną część serii - „Ukrytą łowczynię”. 

Wydarzenia w książce rozgrywają się bezpośrednio po tych kończących „Porwaną pieśniarkę”. Cécile udało się uciec z Trollus, niestety bez ukochanego Tristana. Trafia ona w ciężkim stanie do domu, gdzie zostaje uzdrowiona przez babkę. Zaczyna występować na scenach w Trianon i rozwija karierę pod okiem swojej matki Genevieve. Wydawałoby się, że wszystko wróciło do jak najlepszego porządku i dziewczyna może zapomnieć o swojej przygodzie związanej z porwaniem przez trolle - nic bardziej mylnego. Cécile wciąż jest związana ze swoim mężem i doskonale czuje to co dzieje się z nim w Trollus. Doznaje on wielkiego cierpienia i poniżenia, a ona nie jest w stanie tego znieść. Zawiera układ z ojcem Tristana, królem trolli, który poprawia sytuację jej ukochanego, ale jednocześnie obciąża ją wielkim obowiązkiem. Ma ona bowiem za zadanie odnalezienie Anushki, czarownicy, która rzuciła na trolle klątwę, aby nie mogły przeniknąć do ludzkiego świata. Cécile wdaje się w bardzo niebezpieczną intrygę i na szali stoi nie tylko uratowanie Trollus, ale także życie jej i jej bliskich. Czy podoła zadaniu?

„Niektóre kary są gorsze od śmierci.” 

Tak jak w pierwszym tomie trylogii można było zachwycić się kreacją pięknego, a zarazem mrocznego miasta Trollus, tak tutaj prym wiedzie Kotlina, Trianon i Pigalle, czyli miejscowości zamieszkane przez ludzi i utrzymane w bardzo przyjemnym, równie baśniowym klimacie. Danielle L. Jensen pokazuje czytelnikowi krajobrazy bajkowe, magiczne, przywodzące na myśl bajki z dzieciństwa. Mamy zamki, wielkie teatry, piękne zielone lasy, wiejskie chatki i mroczne miasteczko, w którym mieszka czarownica. Na takim właśnie baśniowym tle rozgrywa się historia jeszcze bardziej niebezpieczna i przepełniona intrygami niż ta zawarta w „Porwanej pieśniarce”. Fabuła niemal w całości opiera się na poszukiwaniu Anushki, a temu zadaniu towarzyszy mnóstwo pomniejszych, bardzo ciekawych wątków. Czytelnik coraz więcej dowiaduje się na temat trolli, ich magii i systemu, panującego w ich królestwie. Pod nieobecność Cécile w Trollus dzieje się wiele złych rzeczy i władza monarchii zaczyna stopniowo podupadać. Wśród trolli, podobnie jak i wśród ludzi, są osobniki z dobrymi i złymi zamiarami. Dziewczyna stoi więc przed sporym dylematem jeśli chodzi o sprowadzenie Anushki, bo jej śmierć uwolniłaby wszystkie te istoty i umożliwiła im powrót do ludzkiego świata. 

Czytelnik wraz z główną bohaterką kalkuluje wszystkie za i przeciw, a bardzo pomaga mu w tym dwutorowy sposób prowadzenia narracji. Tak samo, jak w „Porwanej pieśniarce” poznajemy historię z perspektywy Cécile i Tristana, co jest w tym tomie o tyle bardziej przydatne, że postaci te znajdują się w zupełnie innych miejscach - ona w świecie ludzi, on w świecie trolli. Mamy więc możliwość śledzenia równolegle monotonnej codzienności Cécile, a później jej postępów w poszukiwaniach czarownicy i cierpień uwięzionego Tristana, a później jego życia w Trollus pod czujnym okiem ojca i jego obserwacji niszczejącego społeczeństwa trolli. Taki zabieg umożliwia czytelnikowi również wgląd w przemyślenia obydwu postaci i ich uczucia, co w wielkim stopniu wpływa na odbiór emocjonalny książki. Łatwo jest polubić głównych bohaterów, więc z równie dużą łatwością przychodzi kibicowanie im w dążeniu do szczęścia i przeżywanie wraz z nimi wzlotów i upadków. Wątek romantyczny w tej części nie został bowiem zapomniany, a w dalszym ciągu się rozwija. Nie jest go absolutnie za dużo, nie przyćmiewa innych wątków, a bardzo fajnie je dopełnia. 

„Kocham cię - szepnęłam. - Wiem, że mi nie wolno. Wiem, że nie powinnam, ale nic na to nie poradzę.” 

„Ukryta łowczyni” to bardzo udana kontynuacja „Porwanej pieśniarki”. Lektura może nie jest niesamowicie absorbująca i fascynująca już od pierwszych stron, jednak historia stopniowo się rozwija i w pewnym momencie czytelnik nie jest już w stanie oderwać się od książki. Fabuła została poprowadzona w bardzo fajny sposób, a niektóre wątki rozwinęły się tak, że nie wymyśliłabym tego lepiej. Danielle L. Jensen ma mnóstwo świetnych pomysłów i po raz kolejny zakończyła swoją książkę w taki sposób, że nie mogę już doczekać się sięgnięcia po kolejny tom! Jeśli jeszcze nie znacie tej serii, to gorąco zachęcam i zapewniam kilka godzin świetnej rozrywki. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Galeria Książki

03 kwietnia, 2017

Rainbow Rowell i powieść fantastyczna (Nie poddawaj się - Rainbow Rowell)

Autor: Rainbow Rowell
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Ilość stron: 512

„- Jesteś cholerną klęską żywiołową, Snow. Nie mógłbyś być gorszym popaprańcem.
Próbuje mnie pocałować, ale tym razem się cofam.
- I tobie się to podoba?
- Ogromnie - odpowiada.
- Dlaczego?
- Bo do siebie pasujemy.”

Rainbow Rowell to pisarka, której twórczość spotyka się ze sprzecznymi opiniami wśród czytelników. Jedni ją uwielbiają, inni wręcz przeciwnie, jednak jakie by te opinie nie były, to na pewno przynoszą jej dużą popularność i tym samym zachęcają coraz więcej osób do sięgnięcia po jej książki. Ja sama byłam bardzo ciekawa, jak ta autorka pisze i całkiem niedawno miałam okazję się o tym przekonać na podstawie jej najnowszej książki wydanej w Polsce, a mianowicie „Nie poddawaj się”.

Głównym bohaterem powieści jest Simon Snow - czarodziej, adept Szkoły Czarodziejów w Watford, który w momencie rozpoczęcia akcji przygotowuje się do ostatniego roku nauki. Ma osiemnaście lat, jest sierotą, a wakacje spędza co roku w innym domu dziecka. Jest znany przez niemal cały czarodziejski świat, bo według przepowiedni jest Wybrańcem, który ma pokonać złego Szarobura. Mimo, że z zaklęciami nie radzi sobie najlepiej, to jego moc jest faktycznie bardzo wielka. W Watford czuje się jak w domu - tam ma przyjaciółkę, dziewczynę i Maga, którego traktuje jak ojca. Ten ostatni rok nauki nie jest jednak dla niego sielankowy - jego współlokator Baz nie pojawia się przez długi czas w szkole, w jego związku z Agathą nie układa się najlepiej, a Mag sugeruje mu odejście ze szkoły dla jego bezpieczeństwa. W powietrzu czuć nadchodzące niebezpieczeństwo, a drobne ataki goblinów i zniknięcie Baza to tylko zapowiedź tego, co ma się wydarzyć.

Już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo fabuła zainspirowana jest serią o Harrym Potterze. Mamy młodego czarodzieja, który jest sierotą, Szarobura, który pod wieloma względami przypomina Voldemorta, Baza, który jest jak lustrzane odbicie Draco Malfoya, Penelope, będącą swoistą hybrydą Hermiony i Rona, a także wątek Wybrańca, który ma ocalić cały czarodziejski świat. Podobieństw jest naprawdę mnóstwo i mogą one zniechęcić czytelnika już na samym starcie. Do tej historii trzeba podejść z dużym dystansem i potraktować ją bardziej jako fanfiction, czy parodię znanej serii J.K.Rowling, a nie do końca jako powieść oryginalną, indywidualną, wnoszącą coś świeżego do literatury.

Książka podzielona jest na cztery części, przy czym każda kolejna jest lepsza od poprzedniej. Po ciężkim początku, w którym wspomniane już podobieństwa biją po oczach z niemal każdej strony, akcja nabiera stopniowo rozpędu i coraz bardziej odchodzi od historii, na której bazuje. Fabuła rozwija się w naprawdę interesującą stronę i pojawia się jeden z najciekawszych wątków całej powieści, a mianowicie homoseksualny związek pomiędzy Simonem i jednym z męskich bohaterów. Jest to dość kontrowersyjny romans, który dodaje całej historii polotu i jest bardzo fajnym odejściem od schematów, których Rainbow Rowell w tej książce zdecydowanie nadużyła.

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki nie należało do najbardziej udanych. Powieść tę owszem czytało się lekko i szybko, a pewne wątki całkiem mnie zaciekawiły, jednak całość zrobiła na mnie przeciętne wrażenie. Bohaterowie są ciekawi i dobrze wykreowani, bardzo podobał mi się wątek miłosny i styl pisania autorki. Jednak większość wydarzeń w tej książce jest po prostu karykaturalna i tak przerysowana, że zamiast efektu rozbawienia, wywołała u mnie irytację. Ja się lekko zawiodłam, ale myślę, że dam jeszcze szansę Rainbow Rowell, choć niekoniecznie w fantastyce.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

18 marca, 2017

Magnus Chase i Bogowie Asgardu. Miecz Lata - Rick Riordan


Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 520

„Mity to w istocie opowieści o prawdzie, o której zapomnieliśmy.” 





Wielu pisarzy w swoich utworach odwołuje się do znanych mitologii świata. Stanowią one w końcu ogromne źródła inspiracji, dające fantastyczne podstawy do budowania świata przedstawionego i intrygującej fabuły. Ja sama najczęściej spotykam się w książkach z elementami mitologii greckiej i nieco rzadziej rzymskiej. Ostatnio po raz pierwszy natknęłam się na mitologię nordycką - i co to było za spotkanie! Mam tu oczywiście na myśli powieść Ricka Riordana - „Magnus Chase i Bogowie Asgardu. Miecz Lata”, czyli pierwszy tom znakomicie zapowiadającej się serii tego poczytnego autora. 

Tytułowy bohater, Magnus Chase, jest dosyć nietypowym nastolatkiem. Nigdy nie poznał swojego ojca, a samotnie wychowująca go matka zginęła przed dwoma laty w okrutnych okolicznościach - do mieszkania jej i syna wpadły dwa groźne wilki i zamordowały kobietę, która poświęciła się, aby ratować Magnusa. Jemu udało się uciec i od tamtej pory mieszka na ulicy. Dzięki swojemu sprytowi i inteligencji całkiem nieźle sobie radzi, chociaż w jego życiu rządzi rutyna. Pewnego dnia ma się to jednak zmienić - Magnus dowiaduje się bowiem, że ktoś usilnie stara się go znaleźć. Tym człowiekiem okazuje się być wuj Randolph, przed którym matka zawsze ostrzegała chłopca. Magnus postanawia sprawdzić po co jest potrzebny krewnemu i tym samym pakuje się w spore kłopoty. Randolph zaczyna bredzić o skandynawskiej historii i domniemanym przeznaczeniu chłopaka. Brzmi to jak bełkot szaleńca, jednak Magnus szybko przekonuje się, że jego wuj miał rację. W jego życie wkracza magia i związane z nią niebezpieczeństwa, dzieją się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć racjonalnie, a chłopiec ma przed sobą poważną misję - ocalić świat przed nadejściem Sądnego Dnia. 

„Niepotrzebnie zabity, niedobrze wybrany 
Bohater - Walhalli nie zamkną go ściany. 
W dziewięć dni na wschód słońcu powędrować pora, 
Zanim Miecz Lata z więzów uwolni potwora.” 

Rick Riordan to autor, który ma na swoim koncie już mnóstwo popularnych książek dla młodzieży, a w większości z nich dużą rolę odgrywa właśnie mitologia. „Magnus Chase i Bogowie Asgardu. Miecz Lata” to dla mnie pierwsze spotkanie z jego twórczością i wreszcie wiem skąd te wszystkie zachwyty czytelników - proza Riordana jest po prostu znakomita! Fabuła „Miecza Lata” jest wielowątkowa i mocno zakręcona - mamy podróżowanie na granicy życia i śmierci, walki z Ognistymi Olbrzymami, poszukiwanie atrybutów bogów, przeskakiwanie między dziewięcioma nordyckimi światami, czarowanie za pomocą run, konkursy krasnoludów, wspinaczkę po Drzewie Życia, starcie z ogromną, szaloną wiewiórą i lot na ogromnym ośmionożnym koniu. A to tylko kilka przykładów tego, co rozgrywa się na kartach tej powieści! Historia jest więc niezwykle bogata i barwna, a mimo to zachowuje spójność i logicznie łączy wszystkie wątki w jedną całość.

„Super. Moim tatą jest nieważny bóg, który hasa sobie po lasach. Zapewne odpadł wcześnie w ostatniej edycji Tańca z bogami.” 

Przyznam, że początek książki nie należy do najłatwiejszych i chwilkę zajmuje wdrożenie się w historię i przywyknięcie do jej szybkiego i dynamicznego tempa, jednak po kilkudziesięciu stronach problem znika i całym sobą wsiąka się w świat nastoletniego bohatera. Rick Riordan na tych kilkuset stronach przedstawia czytelnikowi przekrój niemal całej nordyckiej mitologii, zgrabnie wplatając jej postaci, czy inne elementy w fabułę. Nie brakuje mu przy tym wspaniałego poczucia humoru, które skradło moje serce i znacząco podniosło atrakcyjność tej historii w moich oczach. Kreacja bohaterów także robi niemałe wrażenie, bo każdy z nich jest nietypowy, kolorowy i ma w sobie coś wyjątkowego - nawet jeśli mówimy o postaciach drugoplanowych, mniej istotnych dla przebiegu fabuły.

„- Co to jest za zwierzę, które mam jeść?
Sam otarła usta wierzchem dłoni.
- Ma na imię Saehrimnir.
- Dobra, pierwsza sprawa: kto nazywa kolację? Nie mam ochoty wiedzieć, jak ma na imię moja kolacja. Ten ziemniak...
czy ten ziemniak ma na imię Steve?
Przewróciła oczami.
- Nie, głupku. To jest Phil. Steve to chleb.” 

„Miecz Lata” to dla mnie świetne rozpoczęcie przygody z twórczością Ricka Riordana i jednocześnie znakomity początek serii o przygodach nastoletniego Magnusa Chase'a. Powieść jest typowo rozrywkowa, według mnie skierowana do nastolatków i zdystansowanych dorosłych, nie bojących się rozbudowanych, szalonych, barwnych historii. Książka jest świetna na oderwanie się od rzeczywistości, a zarazem stanowi fajne źródło wiedzy o nordyckiej mitologii. A jak wiadomo, nie ma nic lepszego niż nauka przez rozrywkę, dodatkowo okraszoną wspaniałym humorem, dlatego serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę powieść.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Galeria Książki

15 marca, 2017

PREMIEROWO: Syreny - Joseph Knox


Autor: Joseph Knox
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 440

„Ludzie mają wiele twarzy, ale nie tak łatwo je wszystkie dostrzec.”





Syreny zawsze kojarzyły mi się z fantastycznymi postaciami z bajek, czy mitów, które zamiast nóg posiadają rybi ogon, a zamiast płuc skrzela i żyją pod wodą. Te skojarzenia były bardzo pozytywne w porównaniu z nowymi, których dostarczył mi swoim debiutem Joseph Knox. W jego pierwszej powieści tytułowe Syreny to piękne, młode kobiety, które można spotkać w nocnych klubach. Nie przychodzą tam jednak szukać dobrej zabawy, czy znajomości, ale mają konkretne zadanie - sprzedają bilety do piekła, czyli heroinę i ecstasy.

W łaski Syren musi wkupić się detektyw Aiden Waits, który sam ma za sobą mroczną przeszłość. Przez swoje dawne błędy może stracić odznakę, a jedynym ratunkiem jest zostanie wtyczką wśród narkotykowych dilerów - co też czyni. Dodatkowym zadaniem okazuje się odszukanie zaginionej nastoletniej córki ważnego polityka, która ponoć znajduje się pod opieką Syren. Detektyw trafia do świata pięknych kobiet i brutalnej mafii, gdzie krok po kroku dochodzi do bardzo niewygodnej prawdy. 

„Zacząłem pracować na cmentarnej zmianie, mając romantyczną wizję nocnego życia, którą rzeczywistość szybko zweryfikowała. Nie wiedziałem o wampirach, dilerach wychodzących tylko nocą, i nie mógłbym wam nic powiedzieć o gangach - o tym, który co sprzedawał i jak można je było odróżnić. Bez trudu rozpoznawałem tylko ludzi śmiechu. Nazywano ich tak z powodu dwucentymetrowych blizn w kącikach ust. Okaleczali ich dilerzy, znakując w ten sposób tych, którzy spóźnili się z zapłatą albo za bardzo pyskowali.”

Joseph Knox umiejscowił akcję swojej powieści w Manchesterze, czyli mieście, w którym się wychowywał. Jego doświadczenie w pracy w lokalnych barach i pubach pozwoliło mu na poznanie ciemnej strony przemysłu owego miasta, co fantastycznie wykorzystał w swoim debiucie. „Syreny” to bowiem książka przepełniona mrocznym, ciężkim klimatem, tajemnicami i zagadkami, których czasami lepiej nie wyciągać na światło dzienne. To niecodzienny kryminał, zgłębiający świat dużych organizacji dilerskich, brutalnych porachunków między gangami, a także haniebnej i niebezpiecznej działalności klubów i barów.

Aiden Waits to postać od początku do końca bardzo zagadkowa dla czytelnika. Detektyw z mroczną przeszłością i skłonnością do używek, który poświęca cały swój czas na węszenie w bardzo niebezpiecznym środowisku. Mężczyzna wsiąka w ten świat całym sobą i poświęcając się dla sprawy, wielokrotnie mocno na tym cierpi. Autor ani przez moment go nie oszczędza, a mimo to, on zacięcie pakuje się w kolejne kłopoty. To postać tajemnicza, ale także wzbudzająca w czytelniku swego rodzaju podziw i szacunek, przez to jak wiele poświęca i jak sprytna i inteligentna się okazuje. Wywiązuje się również dobrze ze swojej roli detektywa, bo doprowadza sprawę do końca pomimo wielu pokus i ostrzeżeń.

„[...] sprzedawali najgorszy towar, jaki można sobie wyobrazić. Smołę. Wypalała ludzi od środka. Sutty mówił, że widział nawet ćpunów drążących jaskinie we własnym ciele. Otwierali sobie jedną żyłę w ręce i nie dopuszczali do tego, żeby rana się zagoiła. Skóra wokół wypiętrzała się jak rozdziawione, wydęte usta.”

„Syreny” to dla mnie pierwsze spotkanie z kryminałem urban noir i jednocześnie bardzo udane. Było to dla mnie coś nowego, świeżego i bardzo intrygującego. Tutaj głównej roli nie odgrywa po prostu zaginięcie młodej dziewczyny, ale na pierwszy plan wysuwa się mroczny obraz miejskiego półświatka, w którym rządzą potężni dilerzy, rozprowadzający swój towar za pośrednictwem pięknych kobiet. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, bo zawiera mnóstwo scen okrutnych, brutalnych i wręcz ohydnych, ale mimo to stanowi znakomitą rozrywkę i potrafi porwać czytelnika. Styl Knoxa jest ciekawy, akcja bardzo dynamiczna, a fabuła zajmująca. Polecam serdecznie i niecierpliwie czekam na kolejne książki autora. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Otwartym

11 marca, 2017

Za zamkniętymi drzwiami - B.A. Paris


Autor: B.A. Paris
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 304

Perfekcyjna para?
Doskonałe małżeństwo?
Czy IDEALNE KŁAMSTWO?





Dzieci mają bardzo rozległą wyobraźnię i potrafią uroić sobie wiele niemożliwych rzeczy - jak choćby osławionego potwora pod łóżkiem, czy duchy z opowieści swoich kolegów i koleżanek. Ja również taka byłam i tak samo bałam się postaci, których sylwetki rysowały się tylko i wyłącznie w mojej głowie. Dorośli powtarzali mi wówczas, że nie należy bać się zmarłych, ale żywych. Wtedy nie mogłam tego pojąć, bo zjawy, czy żywe trupy z filmów i innych źródeł wydawały mi się najstraszniejszym koszmarem. Z czasem jednak zaczęłam rozumieć, co te słowa tak naprawdę oznaczają i jak bardzo odzwierciedlają rzeczywistość. Bo choć jest to absurdalne i przerażające, to faktycznie największymi potworami są ludzie. I niestety często bywa tak, że potrafią ukrywać swoją prawdziwą naturę, na którą nabrać potrafi się nie tylko ufne dziecko, ale także człowiek dorosły.

W powieści „Za zamkniętymi drzwiami” na początku poznajemy pewne małżeństwo - Jacka i Grace, których związek wydaje się być idealny. Mają oni przepiękny dom, Jack jest cenionym prawnikiem, Grace pełni rolę gospodyni domowej, a w towarzystwie para nie odstępuje się na krok. Można by pomyśleć, że łączy ich tak wyjątkowo silna więź, że wprost nie mogą się od siebie oderwać, jednak są rzeczy, które budzą wątpliwości odnośnie ich perfekcyjnego wizerunku. Grace przyrządza wspaniałe wystawne kolacje dla wspólnych przyjaciół jej i Jacka, ale pomimo jej talentu kulinarnego, nie widać, żeby spędzała w kuchni dużo czasu, bo jest wręcz wychudzona. Zaproszeń na lunch z koleżankami odmawia, nie zjawia się w umówionym miejscu, bądź przychodzi razem z Jackiem. Nigdzie nie porusza się samodzielnie, a we wszystkich oknach na parterze widnieją kraty. Jak tak naprawdę wygląda małżeństwo głównych bohaterów? Co dzieje się za zamkniętymi drzwiami?

„Odwróciłam się, by ukryć łzy wstydu i upokorzenia. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że jego uroda tak bardzo kontrastuje ze szpetotą jego duszy. Skoro potrafił oszukać mnie, sprawić, bym choć na chwilę zapomniała o wszystkim, co o nim wiem, to jak zdołam kiedykolwiek przekonać innych ludzi, że jest wilkiem w owczej skórze?”

Już po samym opisie fabuły książki możemy się domyślić, że historia będzie mroczna i trudna do przełknięcia dla wrażliwych czytelników. Nie sposób się z tym nie zgodzić po lekturze. Na początku powieści rysuje się obraz idealnego małżeństwa, kochającego, pełnego troski i kompromisów. Wszystko wydaje się być tak perfekcyjne, że aż niemożliwe - i faktycznie, coś w tym jest. Już od pierwszych stron czuć atmosferę niepokoju, sztuczności, czuć, że coś wisi w powietrzu. B.A.Paris znakomicie stopniuje napięcie, prowadząc czytelnika na przemian przez rozdziały dotyczące teraźniejszości i te opowiadające o przeszłości, kiedy Grace dopiero co poznawała Jacka. Powieść jest na tyle absorbująca i ciekawa, że nie sposób się od niej choćby na chwilę oderwać, bo czuje się wręcz obowiązek bycia przy głównej bohaterce i poznania w całości jej tragicznej historii.

Wątków jest tutaj mało, a główny filar fabuły stanowi właśnie sytuacja Grace i to, jak zmieniał się jej związek z Jackiem. Jest to na tyle interesująca sprawa, że ów minimalizm w całej historii jest całkowicie im plus. „Czasem mniej znaczy więcej” ma w tej powieści swoje odzwierciedlenie. B.A. Paris skonstruowała fantastyczną intrygę, której finał zrobił na mnie niemałe wrażenie. Rozwiązania wątków są błyskotliwe, portrety psychologiczne postaci barwne i bogate, a całość niezwykle spójna i logiczna, przez co ciężko uwierzyć, że ta książka jest debiutem. A samo zakończenie było dla mnie niezwykle emocjonalne i wzruszające.

„Za zamkniętymi drzwiami” to powieść świetna w swoim gatunku. Jestem pewna, że nie raz i nie dwa do niej wrócę i zazdroszczę wszystkim, którzy jeszcze tej historii nie poznali i mają szansę przeżywać ją „na świeżo”. To nie tylko książka rozrywkowa, o wciągającej fabule i nietuzinkowej intrydze, ale także źródło wiedzy, refleksji i historia niosąca ze sobą bardzo istotny morał. Mówi on o tym, żeby bacznie przyglądać się ludziom dookoła i nie być obojętnym na rzeczy, które budzą naszą wątpliwość, czy niepokój. Zawsze powinniśmy w jakiś sposób postarać się pomóc, jeśli tylko jest to możliwe. Sami często kierujemy się emocjami w osobistych relacjach i nie zawsze potrafimy wyczuć drugiego człowieka, a co za tym idzie, może on okazać się kimś zupełnie innym, co zostanie z czasem zweryfikowane przez życie. Łatwo popełnić taki błąd jak Grace, dlatego warto mieć się na baczności, ale przede wszystkim nie być głuchym na krzywdę innych.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros

07 marca, 2017

Inspirująca historia młodej władczyni (Pieśń królowej - Elizabeth Chadwick)

Autor: Elizabeth Chadwick
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 448

„Uśmiech Alienor nie sięgnął oczu, bo „wszystko” jest mieczem obosiecznym. Mieć wszystko to mieć znacznie więcej do stracenia.”



Bardzo cenię sobie książki, które potrafią mnie zainspirować i wpłynąć w pewnym stopniu na moje poglądy. Taką właśnie lekturą okazała się „Pieśń królowej”, która opowiada o losach Eleonory Akwitańskiej - kobiety niezwykle silnej, mądrej i wykształconej, która pozostawiła po sobie znaczący ślad na kartach historii. Jej postać budzi mnóstwo emocji i stanowi wzór dla wielu kobiet późniejszych epok - od teraz także i dla mnie.

Alienor poznajemy kiedy ma trzynaście lat - jest więc jeszcze dziewczynką, ale w bardzo niedalekiej przyszłości ma zostać królową. Jej ojciec w 1137 roku umiera, a ona zostaje zmuszona do poślubienia następnego króla Francji - Ludwika - chłopca zaledwie dwa lata starszego od niej. Alienor musi błyskawicznie dojrzeć do roli żony i władczyni, co okazuje się zadaniem tym trudniejszym, że jej mąż okazuje się być niezwykle podatnym na wpływy, lekko niezrównoważonym i dewocyjnie pobożnym mężczyzną. Jej najważniejszym zadaniem staje się urodzenie dziedzica. Nie pomaga jej w tym brak wsparcia ze strony małżonka i pobłażliwe spojrzenia dworzan po kolejnych nieudanych próbach. Alienor nie zapomina w tym wszystkim o własnych marzeniach i aspiracjach, a także nieustannie dba o dobro swojej ojczystej Akwitanii.

„Pieśń królowej” to obejmująca kilkanaście lat historia kobiety niezwykłej, obdarzonej wielkim hartem ducha, odwagą oraz niezwykłą determinacją i sprytem. Postać Eleonory przedstawiona przez Elizabeth Chadwick robi niemałe wrażenie na czytelniku, a jej losy poznaje się z rosnącą ciekawością. Autorka barwnie i obrazowo oddała ówczesną epokę, w efektowny sposób urozmaiciła historię wieloma wątkami, obfitującymi w dworskie flirty i intrygi. Przeszłość ciągle i niezmiennie fascynuje ludzi, a ukazana w taki sposób - ciekawie, z polotem, okraszona sekretami i zgłębiająca codzienność jednej z najbardziej wpływowych postaci swojej epoki - stanowi fantastyczne źródło wiedzy, a zarazem rozrywki. Elizabeth Chadwick pisze bardzo przyjemnym stylem, który łączy w sobie przystępność z niezwykłą płynnością i emocjonalnością. Autorka ma wielki dar opowiadania historii, przez co jest ona łatwa w odbiorze i jednocześnie znakomicie zachowuje klimat epoki.

Sylwetki bohaterów są w całości stworzone na podstawie rzetelnych źródeł historycznych, dlatego zachowują swoją autentyczność. Autorka nie tylko realistycznie oddaje wygląd i charakter postaci, ale dodatkowo odsłania przed czytelnikiem mało znane fakty z ich życia. Z zainteresowaniem śledzimy losy młodej królowej, to, jak dojrzewa do swojej roli, jak radzi sobie z problemami małżeńskimi i jak stara się ze wszystkich sił spełnić swoje zadanie urodzenia dziedzica. Elizabeth Chadwick wprowadza czytelnika w świat surowej polityki, często niesprawiedliwych osądów i wyzutych z uczuć małżeństw. Pod wieloma względami nie jest to lektura łatwa, bo wielokrotnie czytelnik odczuwa wewnętrzny sprzeciw, dotyczący zasad i przekonań, panujących w tamtych czasach. Z drugiej jednak strony jest to też pozytywna powieść o niezwykłej kobiecej sile, determinacji i heroizmie.

„Pieśń królowej” to powieść, która z pewnością okaże się inspirującą lekturą dla wielu kobiet. Postać Eleonory Akwitańskiej okazała się być jeszcze ciekawszą dzięki kreacji stworzonej przez Elizabeth Chadwick i naprawdę warto zapoznać się z jej historią. Pozwólcie przenieść się autorce do dwunastego wieku i w niezwykle przyjemny sposób poznać kolejną kartę historii - nie zawiedziecie się.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

05 marca, 2017

Już mnie nie oszukasz - Harlan Coben

Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 416

„Kłamstwa nigdy nie umierają. Możesz chwilowo je zatuszować, jednak zawsze znajdą sposób, aby znów się ujawnić.”



Harlan Coben to ceniony pisarz powieści kryminalnych i thrillerów. Na rynku ukazało się już kilkadziesiąt jego książek, a każda z nich cieszy się dużą popularnością wśród czytelników i ich dobrymi opiniami. Wielokrotnie byłam namawiana do sięgnięcia po jego twórczość i całe szczęście, że wreszcie znalazłam ku temu sposobność. Stało się to za sprawą wydawnictwa Albatros i wydanej przez nie w lutym najnowszej powieści Cobena, a mianowicie - „Już mnie nie oszukasz”.

Główną bohaterką książki jest Maya Stern, była oficer sił specjalnych, która niedawno wróciła do domu i swojej dwuletniej córeczki z misji w Iraku. Któregoś dnia koleżanka namawia ją do zamontowania w domu ukrytej kamery, która pozwoli jej na monitorowaniu pracy niani i zapewni większe bezpieczeństwo jej dziecku. Początkowo nic nie budzi podejrzeń Mai, jednak na którymś z kolei nagraniu dostrzega coś, co absolutnie nie powinno mieć miejsca. Na ekranie oprócz córki i niani dostrzega mężczyznę, który wygląda jak Joe, jej mąż. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że Joe został zamordowany dwa tygodnie wcześniej... Maya jest zupełnie zbita z tropu i nie wie, co ma o tym wszystkim myśleć. Czy to halucynacje typowe dla stresu pourazowego, czy tylko wyobraziła sobie Joe'go? A może ktoś z nią pogrywa i manipuluje przy kamerze w jej domu? Pozostaje jeszcze trzecia opcja... czy jej mąż jakimś cudem przeżył? Upozorował swoją śmierć? Kobieta musi odkryć prawdę i raz na zawsze rozprawić się ze swoją mroczną przeszłością.

„Podobno nigdy nie można z góry powiedzieć, jak ktoś zareaguje, gdy upadnie granat. To zawsze jest niewiadoma. Stoisz ze swoimi towarzyszami broni i nagle u waszych stóp upada granat. Kto ucieknie? Kto się uchyli? Kto skoczy na granat, żeby się poświęcić? Możesz próbować to przewidzieć, ale dopóki granat rzeczywiście nie nadleci, nie masz zielonego pojęcia.”

„Już mnie nie oszukasz” to dla mnie niezwykle udane rozpoczęcie przygody z twórczością Harlana Cobena. Ma wszystko to, co powinien posiadać dobry thriller - ciekawą fabułę z genialnie zaplanowaną i poprowadzoną intrygą, a zarazem obfitą w różne dodatkowe wątki obyczajowe, fajnie stopniowane napięcie, wiele zwrotów akcji i zaskoczeń, a także intrygujących bohaterów, których kreacje pełne są niedopowiedzeń i tajemnic. Dodatkowo historia napisana jest dynamicznie i porywająco, przez co książkę czyta się błyskawicznie. Nie zabrakło także spektakularnego zakończenia, którego przewidzenie jest prawie niemożliwe. Nie można w tym wszystkim odmówić tej historii autentyczności, bo wszystkie obecne w niej zdarzenia mogłyby naprawdę mieć miejsce. Autor nie kreuje fantazyjnych scenariuszy, a całość jest logiczna i przemyślana. 

Główna bohaterka to postać bardzo ciekawie wykreowana - od początku do końca nieodgadniona dla czytelnika, pełna sekretów i niedopowiedzeń. Ciężko zapałać do niej sympatią, bo sprawia wrażenie osoby nieco wycofanej, skrytej i nieufnej. Z drugiej jednak strony wzbudza w czytelniku współczucie ze względu na jej trudną sytuację - zamordowano jej siostrę, męża, a poprzez skandal, jaki wywołała w swojej pracy, odczuwa wyrzuty sumienia, które nie dają jej spać po nocach. To razem z nią krok po kroku dowiadujemy się nowych rzeczy i dochodzimy do rozwiązania zagadki, dlatego siłą rzeczy się do niej przywiązujemy. Inne postaci również prezentują się bardzo ciekawie i nie zawsze łatwo jest odkryć ich prawdziwe zamiary. 

Harlan Coben skonstruował intrygę, która jest wielopoziomowa, dosyć skomplikowana i trudna do rozszyfrowania na pierwszy rzut oka. Dużą rolę odgrywają tutaj zdarzenia i tajemnice z przeszłości, które po wielu latach wychodzą na światło dzienne. Czytelnik zostaje wrzucony w sieć kłamstw, spisków i sekretów. Podczas lektury tworzy własne scenariusze zdarzeń, które wielokrotnie ulegają zmianie, kiedy autor odkrywa przed nim kolejną kartę, a ta zdaje się nie pasować do poprzednich. „Już mnie nie oszukasz” to powieść świetna w swoim gatunku. Jeśli jeszcze nie mieliście tej przyjemności to serdecznie zachęcam do lektury! 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros

27 lutego, 2017

Podbój - Elle Kennedy


Autor: Elle Kennedy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 448

„Myślę, że potrzeba pewnego poziomu zaufania, by siedzieć obok kogoś i nie czuć palącej presji paplania.”



„Podbój” to trzecia z książek Elle Kennedy w serii „Off-campus” i zarazem gorąca premiera lutego, która wzbudza w czytelnikach bardzo skrajne emocje - od miłości i uwielbienia po nienawiść i zniesmaczenie. Byłam bardzo ciekawa, co konkretnie powoduje tak różne opinie, dlatego czym prędzej zapoznałam się z „Podbojem”.

Ten tom serii skupia się na postaciach Deana i Allie. Chłopak to typowy playboy, znany ze swoich licznych podbojów seksualnych. Jest synem bogatych prawników, świetnie gra w hokeja i doskonale odnajduje się w towarzystwie. Zawsze dostaje to, czego chce i nie jest przyzwyczajony do spotykania się z odmową, dlatego też kiedy Allie pozostaje odporna na jego wdzięki, Deana coraz bardziej do niej ciągnie. Ona jest najlepszą przyjaciółką dziewczyny jego kumpla, studiuje aktorstwo i marzy o karierze. W chwili poznania Deana rozpacza po rozstaniu z chłopakiem, z którym była w długoletnim związku. Zdaje sobie sprawę z tego, że seks bez zobowiązań nie jest lekarstwem na jej problemy, jednak alkohol robi swoje i wkrótce Allie ląduje z Deanem w łóżku. Po wszystkim chce definitywnie zapomnieć o tym zdarzeniu i zostać przyjaciółką chłopaka, jednak chemia między tą dwójką nie pozwala im na długo trzymać się od siebie z daleka...

„Podbój” to powieść, która doskonale wpisuje się w klimaty new adult - mamy młodych bohaterów, mocno zarysowany wątek romantyczny, a także dosyć częste i sugestywne elementy erotyki. Fabuła nie jest niczym nad wyraz oryginalnym, bo to prosta historia o studentach, imprezach, seksie, miłości, o większych i mniejszych problemach młodych ludzi. Nic w tym odkrywczego, jednak ogromnym plusem jest brak przerysowania i przesłodzenia pewnych sytuacji. Wszystko jest bardzo realistyczne i relatywne do rzeczywistości, autorka nie koloryzuje i nie słodzi, nie stroni od wulgaryzmów i opisów zachowań, które nierzadko są pomijane w tego typu książkach, a w rzeczywistości pojawiają się bardzo powszechnie w konkretnym środowisku. Historia jest wobec tego bardzo namacalna i czytelnik może śmiało odnieść wiele wątków do własnych doświadczeń.

„Marszczę na niego brwi.
- Co twoja ręka robi na moim ramieniu?
Dean wygląda jak uosobienie niewinności.
- Ja tak właśnie oglądam filmy.
- Czyżby? Chcesz mi powiedzieć, że tak samo obejmujesz Garretta, gdy oglądasz z nim film?
- Oczywiście. A jeśli jest dla mnie miły, czasem wsuwam mu rękę w spodnie.”

Bohaterowie to ogromny atut tej powieści. Bardzo polubiłam przede wszystkim dwójkę głównych postaci, ale także te poboczne, w szczególności współlokatorów Deana, którzy zafundowali mi kilka niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Humor w tej książce znakomicie wpasował się w mój gust i z pewnością przyczynił się do lepszego jej odbioru. Wątek romantyczny jest poprowadzony całkiem nieźle - co prawda relacja Allie i Deana rozpoczyna się w dość niestandardowy sposób, jednak ma to swój urok i z pewnością dodaje całej historii pikanterii. Wiem, że sceny seksu są dla niektórych czytelników kontrowersyjne, przesadzone, zbyt częste i po części pokrywa się to z moimi odczuciami. Elle Kennedy poświęca sporo miejsca na dokładne opisanie łóżkowych ekscesów bohaterów, a jej słownictwo bywa wulgarne i dosadne, jednak jest to w pewien sposób wpisane w konwencję new adult i mnie osobiście w oczy jakoś bardzo nie raziło. Ostrzegam jednak przewrażliwionych czytelników, że autorka nie bawi się w eufemizmy, tylko śmiało korzysta z słów, które dla niektórych przekraczają granicę dobrego smaku. 

„Podbój” to całkiem przyjemna książka dla młodych czytelników, którzy lubią romantyczne historie z pieprzykiem. Warto sięgnąć na pewno dla fantastycznego humoru i bohaterów - szczególnie Deana, który skradnie serce niejednej czytelniczce! Moje zdobył, dlatego chętnie sięgnę po kolejne książki z serii „Off-campus” żeby śledzić jego losy choćby jako postaci drugoplanowej. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka

15 lutego, 2017

PREMIEROWO: Straceńcy - Ingar Johnsrud

Autor: Ingar Johnsrud
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 568

„Wybór. Życie składa się z wyborów. Ze skutków dawnych i przygotowań do nowych wyborów. Z decyzji - naszych własnych i innych ludzi.”



W ostatnim czasie bardzo lubię zagłębić się w lekturze thrillera bądź kryminału, książki z nutką grozy i suspensu, która dostarczy mi mnóstwa emocji i wrażeń, a także pozwoli na zabawę w detektywa i chwilowe podumanie nad rozwiązaniem zagadki. Może to przez ciągle obecną mroźną aurę za oknem, a może przez kuszące zimowe premiery książkowe? Najpewniej jedno i drugie. W związku z tym, mam za sobą kolejną już w tym roku powieść z gatunku thriller, a są to „Straceńcy” Ingara Johnsruda, czyli spora dawka klimatycznej, dynamicznej i po prostu bardzo dobrej prozy skandynawskiej.

Fredrik Beier to jeden z głównych bohaterów powieści. Mężczyzna jest aktualnie w bardzo słabej kondycji psychicznej - rozwód, śmierć dziecka i nieudana akcja, która pociągnęła za sobą wiele ofiar wśród podległych mu policjantów mocno odbiły się na jego zdrowiu. Kiedy zaczyna powoli wracać do siebie, natrafia na nową interesującą sprawę. Jego partnerka, Kafa Iqbal odkrywa trupy dwóch mężczyzn, których policja początkowo bierze za jedną i tę samą osobę. Kiedy dochodzi do konfrontacji, detektywi rozpoczynają śledztwo, bazujące na powiązaniu ze sobą tych nieboszczyków. Dodatkowo, na jednym z miejsc zbrodni odkrywają zdjęcie małej dziewczynki, podpisane rosyjską cyrylicą „Kalypso”. Powoli dochodzą do tego kolejne elementy układanki, następne ofiary i osoby powiązane ze sprawami. Co morderstwa mają ze sobą wspólnego i dlaczego trupy mężczyzn zostały błędnie rozpoznane? Kim jest dziecko z fotografii i co oznacza rosyjski podpis? A gdzie w tym wszystkim ma miejsce tajemnicza misja norweskich komandosów sprzed lat?

„Bez śmierci życie nie ma żadnej wartości, bo to, co wieczne, jest bezwartościowe. Na przykład powietrze. Zabrać je człowiekowi na ułamek życia - i już po nim. Większości z nas wystarczy dziesięć minut. A mimo to powietrze nie ma wartości. Jest go tyle, że uważamy je za wieczne. ” 

„Straceńcy” to już drugi tom kryminalnej serii z Fredrikiem Beierem i Kafą Iqbal na czele, który można czytać bez znajomości poprzedniego. Ja właśnie tak rozpoczęłam moją przygodę z twórczością Ingara Johnsruda i jestem absolutnie pewna, że szybko nadrobię braki! Autor udowodnił, że posiada fantastyczny warsztat pisarski, potrafi świetnie stopniować napięcie i logicznie budować wielopoziomowe intrygi. „Straceńcy” to bowiem historia bardzo rozbudowana, wielowątkowa, z mnóstwem interesujących bohaterów i tajemnic. Ukazuje realia pracy w policji, nie przerysowuje sytuacji, podkreśla brutalność i niebezpieczeństwa, jakie w takim zawodzie spotyka się niemalże codziennie. Mamy tutaj śledztwa, akcje ratunkowe, przesłuchiwania świadków i ciągły wyścig za przebiegłym mordercą. Wielkim plusem i jednocześnie aspektem, który nadaje tej powieści oryginalnego smaczku, jest wykorzystanie w tworzeniu fabuły faktów i wydarzeń historycznych. Autor nawiązuje do zimnej wojny, do konfliktów pomiędzy Rosją a Norwegią, a w tym również do tajnych misji norweskich komandosów. 

Muszę jednak przyznać, że początkowo ciężko było mi się wgryźć w tę książkę i dać się porwać historii detektywów. Wszystko to za sprawą stylu pisania Ingara Johnsruda i kompozycji tej powieści, która przypomina nieco film akcji - w kolejnych rozdziałach przeplatane są sceny z zupełnie innymi bohaterami i z wątkami, które początkowo absolutnie nie mają ze sobą żadnego powiązania - niczym kolejno zmieniające się kadry. Taki zabieg może nieco zdezorientować czytelnika i sprawić, że nie będzie miał ochoty czytać dalej, bo będzie obawiał się nad wyraz rozbudowanej historii. W tym przypadku nie warto się jednak zrażać, ale przez te kilkadziesiąt początkowych stron maksymalnie skupić się na tekście i przyswoić niezbędne informacje, dzięki czemu w późniejszych etapach czytania zacznie się dostrzegać całe mnóstwo subtelnych połączeń pomiędzy wydarzeniami, które indywidualnie nie miały sensu. Jest to fantastyczną sprawą dla odbiorcy, który lubi sam domyślać się zakończenia, snuć przeróżne teorie na temat rozwiązania wątków i dalszego rozwoju intryg.

„Straceńcy” to książka, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i sprawiła, że jeszcze częściej będę sięgać po ten gatunek literatury. Świetnie bawiłam się podczas czytania, analizując przemyślenia i wnioski bohaterów, a także dorabiając własne ideologie do poszczególnych odkryć. Ingar Johnsrud pisze z polotem, ciekawie, a stworzona przez niego fabuła daleko odbiega od minimalizmu. Wątków jest całe mnóstwo, a pomimo tego wszystkie tworzą spójną, logiczną całość, która w pełni usatysfakcjonuje nawet bardzo wymagającego czytelnika. Polecam serdecznie miłośnikom gatunku i nie tylko! 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Otwartym

10 lutego, 2017

To nie jest zwykła książka o miłości (Miłość za wszelką cenę - Louisa Reid)

Autor: Louisa Reid
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 464
„Bycie dzielnym jest bliskie byciu silnym. A bycie silnym, cóż, siła pochodzi z bycia kochanym, nie sądzisz? Jeśli wiesz, że jesteś kochana, to ci wystarcza. Miłość daje ci nogi ze stali.”

Książek o miłości powstało już tak wiele, że trudno byłoby je zliczyć. Nic dziwnego, bo jest to motyw, który cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród czytelników, jest uniwersalny i ponadczasowy, a dobrze wykorzystany potrafi zagrać na emocjach odbiorcy, jak żaden inny. Louisa Reid jest autorką, która ów motyw potraktowała w sposób niestandardowy, niesztampowy, znacznie odbiegający od typowych słodkich romansideł. „Miłość za wszelką cenę” to powieść, której tematyka sięga znacznie głębiej i wkracza na zdecydowanie bardziej mroczne i niepokojące tereny...

Historia dotyczy Audrey - nastolatki, która wraz z młodszym bratem i mamą przeprowadza się do nowego miasta i zamieszkuje w Folwarku. Budynek nie należy do najmilszych dla oka, a jego ponura atmosfera coraz bardziej przytłacza dziewczynę. Od jakiegoś czasu zmaga się ona z depresją, która w nowym miejscu nasila się. Na szczęście Audrey poznaje Leo, sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa, z którym powoli się zaprzyjaźnia. Zmienia on nieco jej podejście do życia, a znajomość z nim otwiera jej oczy na wiele spraw, o których do tej pory nie miała pojęcia... Audrey wkrótce odkrywa, że miłość nie zawsze jest prosta i piękna, ale bywa też okrutna i niesprawiedliwa.

„Miłość za wszelką cenę” to książka, która bardzo mnie zaskoczyła. Przede wszystkim fabułą, która od początku potoczyła się zupełnie inaczej niż z góry założyłam i mimo, że mniej więcej w połowie byłam już w stanie przewidzieć rozwiązanie niektórych wątków, to wciąż chłonęłam ją z rosnącym zainteresowaniem i byłam ciekawa jak autorka je rozegra. Tym, co również pozytywnie mnie zaskoczyło jest świetne przedstawienie trudnej tematyki, jaką jest choroba psychiczna - nie zostało to potraktowane po łebkach, żeby historia miała po prostu jakiś tam oryginalny smaczek, ale temat ten faktycznie został bardzo dobrze zgłębiony i stanowi jeden z głównych filarów całej historii. Nie sposób nie wspomnieć także o stylu Louisy Reid, który sprawia, że powieść czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, mimo że jest to dość obszerna pozycja o niełatwej problematyce.

Audrey to bardzo ciekawa postać, która poprzez pierwszoosobową narrację daje się poznać czytelnikowi także od tej intymnej strony - pełnej strachu, niepewności, zwątpienia nawet w swoje własne myśli i czyny. To osoba bardzo wrażliwa i delikatna, a także niezwykle dojrzała, jak na swój wiek. Zawsze stawia dobro swojej rodziny, a szczególnie młodszego braciszka, ponad swoje własne. Jej relacja z Peterem jest naprawdę warta naśladowania i wielokrotnie wzruszyła mnie podczas lektury. Myślę, że każde dziecko chciałoby mieć taką siostrę, która kochałaby je bezwarunkowo, opiekowałaby się nim i wspierała w trudnych momentach.

„Miłość za wszelką cenę” to świetna książka dla czytelnika zarówno nastoletniego, jak i dorosłego. Porusza bardzo istotne problemy, z jakimi ludzie zmagają się na co dzień w realnym świecie i pokazuje, że nie należy nikogo oceniać po pozorach, a maski, które nosimy dla świata zewnętrznego często bywają zupełną odwrotnością tego, co dzieje się w naszym wnętrzu. Uczy, że warto reagować na choćby najmniejsze niepokojące sygnały ze strony drugiego człowieka, aby pomóc mu na czas. Oprócz tego, jest to też po prostu historia o pięknej przyjaźni i miłości, które należy pielęgnować i szanować, bo one dają największe szczęście. „Miłość za wszelką cenę” to powieść, która przez długi czas zostaje w pamięci.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

07 lutego, 2017

Stosy styczniowe

Hej! Już dawno nie pokazywałam Wam moich książkowych zdobyczy, a sama bardzo lubię takie posty, dlatego pora to zmienić. Poniżej możecie zobaczyć tytuły, które przybyły do mnie w styczniu i w pierwszych dniach lutego. 

1. Sigrid - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar
2. Naznaczeni śmiercią - egzemplarz finalny od Wydawnictwa Jaguar - książkę recenzowałam już na blogu przedpremierowo - RECENZJA
3. To, co najważniejsze - egzemplarz recenzencki od Burda Książki
4. Assasin's Creed - od AIM Media
5. U4. Yannis - egzemplarz od Wydawnictwa Polarny Lis 
6. U4. Stephanie - j.w.
7. Bezkres magii - egzemplarz od Wydawnictwa Mag - recenzja jest już na blogu - RECENZJA

8. Harry Potter i Komnata Tajemnic (wydanie ilustrowane) - egzemplarz od Wydawnictwa Media Rodzina, a zarazem mój początek współpracy z tym wydawnictwem :) RECENZJA
9. Willow - od Księgarni PanTomasz
10. Gracz - od Wydawnictwa Kobiecego - właśnIe czytam, więc recenzja pojawi się w najbliższym czasie.
11. Promień rażenia - od Wydawnictwa Literackiego
12. Pragnienie - j.w.
13. Xięgi Nefasa - od Wydawnictwa Znak

Ten stosik w całości pochodzi od Lubimy Czytać, którego oficjalną recenzentką zostałam w sierpniu ubiegłego roku :) 
14. Pieśń królowej
15. Outliersi
16. Jak gdybyś tańczyła
17. Jak płatki śniegu...
18. Margo
19. Coś o Tobie i coś o mnie
20. Biała
21. Seks i orzeszki
22. Perfekcyjne
23. W spojrzeniu wroga 
24. W sercu światła
25. P.S. I like you
26. Sama się prosiła



Widzicie coś dla siebie? Czytaliście już może niektóre pozycje i możecie je polecić/odradzić? Dajcie mi znać w komentarzach! :)

05 lutego, 2017

Harry Potter i Komnata Tajemnic (wydanie ilustrowane) - J.K. Rowling


W listopadzie miałam przyjemność zrecenzować pierwszą część nowego wydania Harry'ego Pottera z ilustracjami Jima Kaya. Dziś ponownie mogę pozachwycać się jego dziełami, bo jestem świeżo po lekturze drugiego tomu przygód czarodzieja. Chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że od kilkunastu lat jestem niezmiennie w tej serii zakochana i wszelkie gadżety, czy nowe wydania książek, a już w szczególności tak piękne, są dla mnie czymś niezbędnym w mojej biblioteczce. W związku z tym, powoli kolekcjonuję kolejne tomy historii o Chłopcu, Który Przeżył. Powrót do znanych mi już bohaterów i miejsc wiąże się ze wspaniałymi wspomnieniami i mimo, że większość wątków i ich rozwiązań znam na pamięć, to za każdym razem odkrywam w tych książkach coś nowego. Wydania wzbogacone o ilustracje Jima Kaya dają mi świetną możliwość poszerzania swojej wyobraźni i horyzontów, ukazując mi nowe spojrzenie na całą historię. 


Nigdy nie ufaj niczemu i nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg.

W „Harrym Potterze i Komnacie Tajemnic” młody czarodziej ma już za sobą pierwszy rok w Hogwarcie i niecierpliwie oczekuje powrotu do szkoły. Wakacje spędza u swojej mugolskiej rodziny, która traktuje go wyjątkowo podle. Chłopiec z utęsknieniem czeka na wrzesień, a nie ułatwia mu tego brak jakiegokolwiek listu od jego szkolnych przyjaciół. Pewnego dnia, kiedy Harry siedzi zamknięty w swoim pokoju i ma absolutny zakaz opuszczania go, na jego łóżku pojawia się Zgredek - domowy skrzat. Ostrzega on chłopca przed powrotem do Hogwartu i w kolejnych dniach zdecydowanie mu to utrudnia... Harry'emu udaje się jednak dotrzeć do szkoły, doświadczając po drodze wielu mniej lub bardziej niebezpiecznych przygód. Na miejscu okazuje się, że Zgredek nie ostrzegał go bezpodstawnie. W Hogwarcie dzieją się niepokojące rzeczy - ktoś otworzył Komnatę Tajemnic, w której według legendy mieszka potwór. W dodatku kolejni uczniowie zostają zaatakowani i spetryfikowani. Harry nie ma jednak zamiaru opuszczać szkoły i razem z przyjaciółmi rozpoczyna śledztwo. 

W tym tomie J.K. Rowling postawiła już w stu procentach na akcję. Tak, jak w „Kamieniu filozoficznym” potrzebna była ekspozycja i wprowadzenie w czarodziejski świat, tak w tej części autorka mogła pozwolić sobie na mocne rozwinięcie historii i skupienie się na dynamicznych wydarzeniach. Główny wątek jest poprowadzony naprawdę fantastycznie - doskonała intryga, budowanie napięcia, stopniowe odkrywanie elementów układanki i zaskakujący finał. Nie brakuje tu również wybornego humoru, który fundują czytelnikowi głównie postaci Freda i George'a. Ale akurat nie oni w tej części kradną moje serce, bo głupkowaty Gilderoy Lockhart i uroczy Zgredek to zdecydowanie gwiazdy, jeśli chodzi o bohaterów „Komnaty Tajemnic”

„Dla Freda i George'a był to jeszcze jeden powód do wygłupów. Zdarzało się, że szli przed Harrym korytarzami, wołając: - Przejście dla dziedzica Slytherina, potężnego czarnoksiężnika! Percy był wyraźnie zgorszony takim zachowaniem. - To wcale nie jest powód do śmiechu - skarcił ich za którymś razem. - Zjeżdżaj, Percy - odpowiedział Fred - Harry się spieszy. - Tak, zasuwa do Komnaty Tajemnic na filiżankę herbaty ze swoim jadowitym sługą.”


„Harry Potter i Komnata Tajemnic. Wydanie ilustrowane” to kolejna przepięknie wydana część serii o młodym czarodzieju. Jim Kay podobnie, jak w „Kamieniu filozoficznym” ozdobił powieść nie tylko wieloma ilustracjami dużego formatu, ale pojawiają się także mniejsze rysunki okalające tekst i po prostu zdobne tła każdej ze stron. Książka wydrukowana jest na świetnej jakości śliskim papierze, ze śliczną twardą oprawą i dodatkową obwolutą. Myślę, że miłośników tej serii wcale nie muszę zachęcać do sięgnięcia po tę powieść, a tym, którzy jeszcze nie czytali - ogromnie polecam i właśnie szczególnie w tych wydaniach ilustrowanych przez Jima Kaya. Nie dość, że jest to wspaniała literacka przygoda, to jeszcze ogromnie miła dla oka podróż po czarodziejskim świecie!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Media Rodzina

04 lutego, 2017

Księga snów - Nina George

Autor: Nina George
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 424

„[...] może wszyscy jesteśmy tylko historiami, które właśnie ktoś czyta i może to ratuje nas przed ostatecznym zapomnieniem?”



„Księga snów” to trzecia powieść autorstwa Niny George, pisarki, której twórczość naznaczona jest w dużej mierze jej osobistymi przeżyciami. Kobieta straciła ojca, a zarazem najlepszego przyjaciela, doradcę i połówkę rodzinnej drużyny George. Jak sama pisze, jego śmierć zupełnie ją odmieniła. Doświadczyła strachu przed utratą bliskiej osoby, strachu przed tym, że i ona kiedyś umrze. To właśnie refleksje na temat życia i śmierci zainspirowały ją do napisania „Lawendowego pokoju”, „Księżyca nad Bretanią” i wreszcie „Księgi snów”. Ta ostatnia ma zamykać cykl powieści, w których autorka zajmuje się problemem nieskończoności. Kolejne jej książki mają dotyczyć już nie śmierci, ale życia. 

„Tata poradził mi, żebym wchodząc do latarni morskiej, nigdy nie patrzyła na wszystkie schody, tylko na pierwszy stopień. A potem powoli pięła się w górę. 
- W ten sposób zawsze sprostasz wyzwaniom, które na początku wydają ci się zbyt wielkie. Wtedy wszystko ci się uda. 
Zmniejsz świat, bądź bardziej precyzyjna, nie myśl o rozciągającej się przed tobą długiej nocy, tylko o kolejnym momencie. Tak mówił.”

Jednym z głównych bohaterów „Księgi snów” jest czterdziestopięcioletni korespondent wojenny - Henri Malo Skinner, który na samym początku powieści ulega poważnemu wypadkowi podczas próby ratowania tonącej dziewczynki. Mężczyzna zapada w śpiączkę i przez kilkadziesiąt dni pozostaje w szpitalu. Odwiedza go tam jego syn, Sam, który nigdy wcześniej nie poznał swojego ojca. Henri bowiem nie związał się z jego matką, a chłopiec rozpaczliwie chciał się z nim wreszcie zobaczyć. Kiedy już miało to nastąpić, wspomniany wypadek uniemożliwił Samowi spotkanie się z ojcem. Czuwa on przy jego łóżku codziennie i dzielnie czeka na moment, w którym będzie mógł z nim pierwszy raz porozmawiać. W międzyczasie zaprzyjaźnia się z Eddie, kobietą, która niegdyś była partnerką Henriego, a także poznaje Maddie, dziewczynkę, która podobnie jak jego ojciec jest „zawieszona pomiędzy światami”. Henri natomiast śni przeróżne sny, poznaje alternatywne wizje swojego życia i podróżuje po krainach, które znajdują się pomiędzy życiem a śmiercią. Czy uda mu się znaleźć odpowiednie wyjście z tej przedziwnej rzeczywistości i spotkać się z synem? 

„Księga snów” to powieść, której czytanie było dla mnie niezwykłą literacką przygodą. Jest to historia, która rozgrywa się na wielu płaszczyznach, z czego wyróżnić mogę dwie ogólne - pierwsza z nich to teraźniejszość, to, co dzieje się tu i teraz, kiedy Henri leży w szpitalu, a Sam i Eddie prowadzą swój normalny tryb życia, a druga to to, co dzieje się w umyśle Henriego - jego podróże po krainach pomiędzy życiem a śmiercią, retrospekcje jego przeszłości, momenty deja vu, różne warianty jego życia na podstawie podejmowanych decyzji, a także po prostu marzenia i tęsknoty. Te elementy oniryzmu dodają całej historii baśniowości, czegoś magicznego, ulotnego, wyjątkowego. Temat śmierci nigdy nie jest tematem łatwym, ale dzięki takim zabiegom czyta się o nim zdecydowanie przyjemniej. Myślę, że wszyscy boimy się tego, co jest po drugiej stronie, tej wielkiej niewiadomej, a Nina George w bardzo fajny sposób wychodzi na przeciw tym obawom i pokazuje rzeczywistość bajkową, wcale nie tak straszną, jak mogłoby się wydawać. 

„Często zapominamy, że luzie bardzo poważnie chorzy mają swoje życie. Do naszej klasy chodził taki chłopak, Timothy, zachorował na raka i w ciągu roku zmarł. Wszyscy kiedy go wspominają, mówią tylko o tym, jaki był dzielny jakby chorowanie na raka było pracą na pełny etat. Nikt nie pamięta o tym, że poza Timothy najlepiej ze wszystkich skakał do basenu na bombę i że kiedyś zdjął kotka z drzewa. Dlatego próbuję widzieć w tacie kogoś więcej niż tylko żywego umarłego.”

Nie jest to powieść z pędzącą akcją, w której jedno wydarzenie goni drugie i fabuła jest niezwykle dynamiczna. Wręcz przeciwnie - „Księga snów” to historia bardzo nastrojowa, spokojna, subtelna, podczas czytania której ma się wrażenie, że świat nagle kilkukrotnie zwolnił. A pomimo tego, jest niezwykle wciągająca. Czytelnik natychmiast przywiązuje się do bohaterów i pragnie coraz lepiej ich poznawać, dowiadywać się więcej o ich przeszłości, kibicuje im w dążeniu do celów. Tym bardziej, że większość postaci w tej książce to osoby naprawdę inteligentne, dojrzałe, których przemyślenia i wypowiedzi wielokrotnie zmuszają do refleksji, a także przydają wzruszeń. 

„Księga snów” to faktycznie książka o śmierci, o zawieszeniu pomiędzy światami, o nieskończoności i przemijaniu. Ale to także, i może nawet przede wszystkim, książka o życiu. O tych ulotnych chwilach i nie zawsze słusznych wyborach, o miłości i przyjaźni, o rodzinie i przebaczaniu. Nina George porusza tematy bardzo delikatne, ale jakże uniwersalne i ważne dla każdego człowieka. „Księga snów” to pozycja wyjątkowa, wywołująca mnóstwo refleksji i pełna pięknych, mądrych, życiowych myśli. Polecam serdecznie każdemu, kto jeszcze się waha, czy po nią sięgnąć. Naprawdę warto. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Otwartym

30 stycznia, 2017

Drugie szanse i trudne wybory (Wszystko, co mam - Katie Marsh)


Autor: Katie Marsh
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 488

Co jeśli chwila, w której on najbardziej Cię potrzebuje...
...okaże się chwilą, w której chciałaś od niego odejść? 



W codziennej rutynie zdarza nam się zapominać o tym, co naprawdę ważne - rodzina, relacje z najbliższymi, małe rzeczy, którymi powinniśmy się cieszyć. Często skupiamy się tylko na pracy, nauce, obowiązkach. Cały świat goni za pieniądzem, za władzą i prestiżem, podczas kiedy tak naprawdę nie daje to szczęścia, a życie ucieka nam przez palce. Warto czasami zastanowić się nad tym, co jest dla nas faktycznie ważne i nie stracić przez własną głupotę największego skarbu. Niektórym takie refleksje przychodzą spontanicznie, innym pod wpływem zwrócenia uwagi na problem przez drugą osobę, a jeszcze innym przez jakieś dramatyczne wydarzenie, które automatycznie przewartościowuje ich życie. Tego ostatniego doświadcza Tom, jeden z głównych bohaterów książki „Wszystko, co mam” autorstwa Katie Marsh.

Po ponad pięciu latach małżeństwa Hanna postanawia odejść od męża. Męczy ją ciągłe picie Toma, jego egoizm, pracoholizm, ignorowanie jej marzeń i aspiracji. Chce wreszcie skupić się na sobie i zacząć realizować jako kobieta i nauczycielka. Kiedy wreszcie jest gotowa oświadczyć mu, że chce rozwodu, zastaje go leżącego na podłodze w sypialni, sparaliżowanego po udarze. Jest to dla niej ogromny szok, bo mężczyzna ma przecież dopiero trzydzieści dwa lata. Tom trafia do szpitala, a Hanna staje przed niezwykle trudnym zadaniem - musi zaopiekować się mężem, którego właśnie chciała zostawić. Sumienie nie pozwala jej odejść, musi z nim zostać, pomóc mu w rehabilitacji i najprostszych codziennych czynnościach, które teraz stanowią dla niego nie lada wyzwanie. Hanna czuje się jak uwięziona w klatce, wszystkie swoje plany musi odłożyć na później. Za to Tom widzi w swojej chorobie szansę na poprawę stosunków z żoną. Ma mnóstwo czasu na przemyślenie tego, co stało się z nich małżeństwem i chce je ratować, bo wreszcie zrozumiał, że Hanna to miłość jego życia i nie zniósłby jej odejścia. Czy Tom pod wpływem udaru zmieni się z powrotem w tego mężczyznę, którego pokochała jego żona? Czy zdoła ją zatrzymać u swojego boku, kiedy ona już dawno podjęła decyzję o rozwodzie?

Powieść obyczajowa to wbrew pozorom trudny orzech do zgryzienia dla pisarza. Tego typu proza musi mieć w sobie coś wyjątkowego, żeby zachęcić czytelnika, znudzonego już powtarzającymi się schematami. Musi być dobrze napisana, z polotem, dynamizmem, a także bardzo istotne jest to, aby silnie oddziaływała na emocje odbiorcy. Nie jest łatwo zawrzeć wszystkie te elementy w swojej powieści, jednak Katie Marsh znakomicie się to udało. Temat jest trudny - udar, który powoduje paraliż lewej strony mężczyzny, który jest młody, ambitny, pełen chęci do życia. Choroba nie jest tu jednak ukazana w sposób wyłącznie negatywny. Jest to wydarzenie w życiu kiełkującego jeszcze małżeństwa, które na pozór tragiczne i druzgocące, jest tak naprawdę dla nich ogromną szansą i kołem ratunkowym rzuconym przez los. Jest to wręcz dar, który otrzymują, aby na nowo odkryć to, co w życiu jest najważniejsze. Aby na nowo poznać siebie, na nowo się zakochać, naprawić wszystkie błędy z przeszłości i zrozumieć, że sensem istnienia człowieka nie jest ciągłe zarabianie i wspinanie się na wyżyny kariery, ale miłość, relacje z najbliższymi, te małe rzeczy i krótkie chwile wspólnej radości, które później wspomina się przy okazji rocznic i świąt.

Historia Hanny i Toma jest jednocześnie bardzo smutna i bardzo piękna. To przykre, że człowiek czasami potrzebuje aż tak tragicznego wydarzenia, żeby zrozumieć, co naprawdę się dla niego liczy, ale cenne jest to, że potrafi znaleźć w sobie tyle siły, żeby poradzić sobie z tą tragedią i dodatkowo odbudować swoje relacje rodzinne. Katie Marsh pisze naprawdę fantastycznie. Jej pióro jest lekkie, przystępne, a wszystkie wydarzenia opisane są w sposób absorbujący i zyskujący uwagę czytelnika. Nie można jej także odmówić dobrego poczucia humoru i niezwykłego realizmu, znajomości ludzkich zachowań, brak przerysowania pewnych sytuacji. Wszystkie zdarzenia są jak najbardziej prawdopodobne, a reakcje bohaterów relatywne do rzeczywistości.

Akcja toczy się dwutorowo - przeplatają się tutaj rozdziały z teraźniejszości i przeszłości, które dają czytelnikowi wgląd na rozwój uczucia głównych bohaterów od samego początku znajomości do momentu choroby i po nim. Mamy okazję zobaczyć, jak zakochali się w sobie po raz pierwszy i w jaki sposób to ich uczucie z czasem osłabło, doprowadzając Hannę do ostateczności, a także to, jak obydwoje radzą sobie z ciężarem rehabilitacji i odbudowywania wzajemnych relacji. Ich sylwetki są wykreowane bardzo dobrze - barwnie i ciekawie. To dwójka ludzi, pomiędzy którymi zrodziło się uczucie pomimo wielu sprzeczności w charakterach. Ona - nauczycielka z pasją, kocha podróże, odkrywanie nowych miejsc i obyczajów, spontaniczność. On - ambitny prawnik, marzący o świetnie płatnej pracy, niezwykle zaangażowany w swoje obowiązki. Autorka na ich przykładzie pokazuje, jak ważna jest rozmowa, próba zrozumienia drugiej osoby i docieranie się w różnych aspektach życia, oraz że kompromisy są niezwykle ważne w budowaniu relacji.

„Wszystko, co mam” to bardzo wartościowa książka dla każdego człowieka. Nie tylko dla czytelniczek, które lubią takie dramatyczne historie z pewną dozą romansu, ale także dla czytelników, którzy mogą wynieść bardzo wiele istotnych refleksji z historii Toma i Hanny. Myślę, że ta opowieść zainspiruje każdego do sporządzenia własnego rachunku sumienia i zastanowienia się nad swoim postępowaniem. Polecam serdecznie, bo naprawdę warto!

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)