27 lutego, 2017

Podbój - Elle Kennedy


Autor: Elle Kennedy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 448

„Myślę, że potrzeba pewnego poziomu zaufania, by siedzieć obok kogoś i nie czuć palącej presji paplania.”



„Podbój” to trzecia z książek Elle Kennedy w serii „Off-campus” i zarazem gorąca premiera lutego, która wzbudza w czytelnikach bardzo skrajne emocje - od miłości i uwielbienia po nienawiść i zniesmaczenie. Byłam bardzo ciekawa, co konkretnie powoduje tak różne opinie, dlatego czym prędzej zapoznałam się z „Podbojem”.

Ten tom serii skupia się na postaciach Deana i Allie. Chłopak to typowy playboy, znany ze swoich licznych podbojów seksualnych. Jest synem bogatych prawników, świetnie gra w hokeja i doskonale odnajduje się w towarzystwie. Zawsze dostaje to, czego chce i nie jest przyzwyczajony do spotykania się z odmową, dlatego też kiedy Allie pozostaje odporna na jego wdzięki, Deana coraz bardziej do niej ciągnie. Ona jest najlepszą przyjaciółką dziewczyny jego kumpla, studiuje aktorstwo i marzy o karierze. W chwili poznania Deana rozpacza po rozstaniu z chłopakiem, z którym była w długoletnim związku. Zdaje sobie sprawę z tego, że seks bez zobowiązań nie jest lekarstwem na jej problemy, jednak alkohol robi swoje i wkrótce Allie ląduje z Deanem w łóżku. Po wszystkim chce definitywnie zapomnieć o tym zdarzeniu i zostać przyjaciółką chłopaka, jednak chemia między tą dwójką nie pozwala im na długo trzymać się od siebie z daleka...

„Podbój” to powieść, która doskonale wpisuje się w klimaty new adult - mamy młodych bohaterów, mocno zarysowany wątek romantyczny, a także dosyć częste i sugestywne elementy erotyki. Fabuła nie jest niczym nad wyraz oryginalnym, bo to prosta historia o studentach, imprezach, seksie, miłości, o większych i mniejszych problemach młodych ludzi. Nic w tym odkrywczego, jednak ogromnym plusem jest brak przerysowania i przesłodzenia pewnych sytuacji. Wszystko jest bardzo realistyczne i relatywne do rzeczywistości, autorka nie koloryzuje i nie słodzi, nie stroni od wulgaryzmów i opisów zachowań, które nierzadko są pomijane w tego typu książkach, a w rzeczywistości pojawiają się bardzo powszechnie w konkretnym środowisku. Historia jest wobec tego bardzo namacalna i czytelnik może śmiało odnieść wiele wątków do własnych doświadczeń.

„Marszczę na niego brwi.
- Co twoja ręka robi na moim ramieniu?
Dean wygląda jak uosobienie niewinności.
- Ja tak właśnie oglądam filmy.
- Czyżby? Chcesz mi powiedzieć, że tak samo obejmujesz Garretta, gdy oglądasz z nim film?
- Oczywiście. A jeśli jest dla mnie miły, czasem wsuwam mu rękę w spodnie.”

Bohaterowie to ogromny atut tej powieści. Bardzo polubiłam przede wszystkim dwójkę głównych postaci, ale także te poboczne, w szczególności współlokatorów Deana, którzy zafundowali mi kilka niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Humor w tej książce znakomicie wpasował się w mój gust i z pewnością przyczynił się do lepszego jej odbioru. Wątek romantyczny jest poprowadzony całkiem nieźle - co prawda relacja Allie i Deana rozpoczyna się w dość niestandardowy sposób, jednak ma to swój urok i z pewnością dodaje całej historii pikanterii. Wiem, że sceny seksu są dla niektórych czytelników kontrowersyjne, przesadzone, zbyt częste i po części pokrywa się to z moimi odczuciami. Elle Kennedy poświęca sporo miejsca na dokładne opisanie łóżkowych ekscesów bohaterów, a jej słownictwo bywa wulgarne i dosadne, jednak jest to w pewien sposób wpisane w konwencję new adult i mnie osobiście w oczy jakoś bardzo nie raziło. Ostrzegam jednak przewrażliwionych czytelników, że autorka nie bawi się w eufemizmy, tylko śmiało korzysta z słów, które dla niektórych przekraczają granicę dobrego smaku. 

„Podbój” to całkiem przyjemna książka dla młodych czytelników, którzy lubią romantyczne historie z pieprzykiem. Warto sięgnąć na pewno dla fantastycznego humoru i bohaterów - szczególnie Deana, który skradnie serce niejednej czytelniczce! Moje zdobył, dlatego chętnie sięgnę po kolejne książki z serii „Off-campus” żeby śledzić jego losy choćby jako postaci drugoplanowej. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka

15 lutego, 2017

PREMIEROWO: Straceńcy - Ingar Johnsrud

Autor: Ingar Johnsrud
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 568

„Wybór. Życie składa się z wyborów. Ze skutków dawnych i przygotowań do nowych wyborów. Z decyzji - naszych własnych i innych ludzi.”



W ostatnim czasie bardzo lubię zagłębić się w lekturze thrillera bądź kryminału, książki z nutką grozy i suspensu, która dostarczy mi mnóstwa emocji i wrażeń, a także pozwoli na zabawę w detektywa i chwilowe podumanie nad rozwiązaniem zagadki. Może to przez ciągle obecną mroźną aurę za oknem, a może przez kuszące zimowe premiery książkowe? Najpewniej jedno i drugie. W związku z tym, mam za sobą kolejną już w tym roku powieść z gatunku thriller, a są to „Straceńcy” Ingara Johnsruda, czyli spora dawka klimatycznej, dynamicznej i po prostu bardzo dobrej prozy skandynawskiej.

Fredrik Beier to jeden z głównych bohaterów powieści. Mężczyzna jest aktualnie w bardzo słabej kondycji psychicznej - rozwód, śmierć dziecka i nieudana akcja, która pociągnęła za sobą wiele ofiar wśród podległych mu policjantów mocno odbiły się na jego zdrowiu. Kiedy zaczyna powoli wracać do siebie, natrafia na nową interesującą sprawę. Jego partnerka, Kafa Iqbal odkrywa trupy dwóch mężczyzn, których policja początkowo bierze za jedną i tę samą osobę. Kiedy dochodzi do konfrontacji, detektywi rozpoczynają śledztwo, bazujące na powiązaniu ze sobą tych nieboszczyków. Dodatkowo, na jednym z miejsc zbrodni odkrywają zdjęcie małej dziewczynki, podpisane rosyjską cyrylicą „Kalypso”. Powoli dochodzą do tego kolejne elementy układanki, następne ofiary i osoby powiązane ze sprawami. Co morderstwa mają ze sobą wspólnego i dlaczego trupy mężczyzn zostały błędnie rozpoznane? Kim jest dziecko z fotografii i co oznacza rosyjski podpis? A gdzie w tym wszystkim ma miejsce tajemnicza misja norweskich komandosów sprzed lat?

„Bez śmierci życie nie ma żadnej wartości, bo to, co wieczne, jest bezwartościowe. Na przykład powietrze. Zabrać je człowiekowi na ułamek życia - i już po nim. Większości z nas wystarczy dziesięć minut. A mimo to powietrze nie ma wartości. Jest go tyle, że uważamy je za wieczne. ” 

„Straceńcy” to już drugi tom kryminalnej serii z Fredrikiem Beierem i Kafą Iqbal na czele, który można czytać bez znajomości poprzedniego. Ja właśnie tak rozpoczęłam moją przygodę z twórczością Ingara Johnsruda i jestem absolutnie pewna, że szybko nadrobię braki! Autor udowodnił, że posiada fantastyczny warsztat pisarski, potrafi świetnie stopniować napięcie i logicznie budować wielopoziomowe intrygi. „Straceńcy” to bowiem historia bardzo rozbudowana, wielowątkowa, z mnóstwem interesujących bohaterów i tajemnic. Ukazuje realia pracy w policji, nie przerysowuje sytuacji, podkreśla brutalność i niebezpieczeństwa, jakie w takim zawodzie spotyka się niemalże codziennie. Mamy tutaj śledztwa, akcje ratunkowe, przesłuchiwania świadków i ciągły wyścig za przebiegłym mordercą. Wielkim plusem i jednocześnie aspektem, który nadaje tej powieści oryginalnego smaczku, jest wykorzystanie w tworzeniu fabuły faktów i wydarzeń historycznych. Autor nawiązuje do zimnej wojny, do konfliktów pomiędzy Rosją a Norwegią, a w tym również do tajnych misji norweskich komandosów. 

Muszę jednak przyznać, że początkowo ciężko było mi się wgryźć w tę książkę i dać się porwać historii detektywów. Wszystko to za sprawą stylu pisania Ingara Johnsruda i kompozycji tej powieści, która przypomina nieco film akcji - w kolejnych rozdziałach przeplatane są sceny z zupełnie innymi bohaterami i z wątkami, które początkowo absolutnie nie mają ze sobą żadnego powiązania - niczym kolejno zmieniające się kadry. Taki zabieg może nieco zdezorientować czytelnika i sprawić, że nie będzie miał ochoty czytać dalej, bo będzie obawiał się nad wyraz rozbudowanej historii. W tym przypadku nie warto się jednak zrażać, ale przez te kilkadziesiąt początkowych stron maksymalnie skupić się na tekście i przyswoić niezbędne informacje, dzięki czemu w późniejszych etapach czytania zacznie się dostrzegać całe mnóstwo subtelnych połączeń pomiędzy wydarzeniami, które indywidualnie nie miały sensu. Jest to fantastyczną sprawą dla odbiorcy, który lubi sam domyślać się zakończenia, snuć przeróżne teorie na temat rozwiązania wątków i dalszego rozwoju intryg.

„Straceńcy” to książka, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i sprawiła, że jeszcze częściej będę sięgać po ten gatunek literatury. Świetnie bawiłam się podczas czytania, analizując przemyślenia i wnioski bohaterów, a także dorabiając własne ideologie do poszczególnych odkryć. Ingar Johnsrud pisze z polotem, ciekawie, a stworzona przez niego fabuła daleko odbiega od minimalizmu. Wątków jest całe mnóstwo, a pomimo tego wszystkie tworzą spójną, logiczną całość, która w pełni usatysfakcjonuje nawet bardzo wymagającego czytelnika. Polecam serdecznie miłośnikom gatunku i nie tylko! 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Otwartym

10 lutego, 2017

To nie jest zwykła książka o miłości (Miłość za wszelką cenę - Louisa Reid)

Autor: Louisa Reid
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 464
„Bycie dzielnym jest bliskie byciu silnym. A bycie silnym, cóż, siła pochodzi z bycia kochanym, nie sądzisz? Jeśli wiesz, że jesteś kochana, to ci wystarcza. Miłość daje ci nogi ze stali.”

Książek o miłości powstało już tak wiele, że trudno byłoby je zliczyć. Nic dziwnego, bo jest to motyw, który cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród czytelników, jest uniwersalny i ponadczasowy, a dobrze wykorzystany potrafi zagrać na emocjach odbiorcy, jak żaden inny. Louisa Reid jest autorką, która ów motyw potraktowała w sposób niestandardowy, niesztampowy, znacznie odbiegający od typowych słodkich romansideł. „Miłość za wszelką cenę” to powieść, której tematyka sięga znacznie głębiej i wkracza na zdecydowanie bardziej mroczne i niepokojące tereny...

Historia dotyczy Audrey - nastolatki, która wraz z młodszym bratem i mamą przeprowadza się do nowego miasta i zamieszkuje w Folwarku. Budynek nie należy do najmilszych dla oka, a jego ponura atmosfera coraz bardziej przytłacza dziewczynę. Od jakiegoś czasu zmaga się ona z depresją, która w nowym miejscu nasila się. Na szczęście Audrey poznaje Leo, sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa, z którym powoli się zaprzyjaźnia. Zmienia on nieco jej podejście do życia, a znajomość z nim otwiera jej oczy na wiele spraw, o których do tej pory nie miała pojęcia... Audrey wkrótce odkrywa, że miłość nie zawsze jest prosta i piękna, ale bywa też okrutna i niesprawiedliwa.

„Miłość za wszelką cenę” to książka, która bardzo mnie zaskoczyła. Przede wszystkim fabułą, która od początku potoczyła się zupełnie inaczej niż z góry założyłam i mimo, że mniej więcej w połowie byłam już w stanie przewidzieć rozwiązanie niektórych wątków, to wciąż chłonęłam ją z rosnącym zainteresowaniem i byłam ciekawa jak autorka je rozegra. Tym, co również pozytywnie mnie zaskoczyło jest świetne przedstawienie trudnej tematyki, jaką jest choroba psychiczna - nie zostało to potraktowane po łebkach, żeby historia miała po prostu jakiś tam oryginalny smaczek, ale temat ten faktycznie został bardzo dobrze zgłębiony i stanowi jeden z głównych filarów całej historii. Nie sposób nie wspomnieć także o stylu Louisy Reid, który sprawia, że powieść czyta się niezwykle szybko i przyjemnie, mimo że jest to dość obszerna pozycja o niełatwej problematyce.

Audrey to bardzo ciekawa postać, która poprzez pierwszoosobową narrację daje się poznać czytelnikowi także od tej intymnej strony - pełnej strachu, niepewności, zwątpienia nawet w swoje własne myśli i czyny. To osoba bardzo wrażliwa i delikatna, a także niezwykle dojrzała, jak na swój wiek. Zawsze stawia dobro swojej rodziny, a szczególnie młodszego braciszka, ponad swoje własne. Jej relacja z Peterem jest naprawdę warta naśladowania i wielokrotnie wzruszyła mnie podczas lektury. Myślę, że każde dziecko chciałoby mieć taką siostrę, która kochałaby je bezwarunkowo, opiekowałaby się nim i wspierała w trudnych momentach.

„Miłość za wszelką cenę” to świetna książka dla czytelnika zarówno nastoletniego, jak i dorosłego. Porusza bardzo istotne problemy, z jakimi ludzie zmagają się na co dzień w realnym świecie i pokazuje, że nie należy nikogo oceniać po pozorach, a maski, które nosimy dla świata zewnętrznego często bywają zupełną odwrotnością tego, co dzieje się w naszym wnętrzu. Uczy, że warto reagować na choćby najmniejsze niepokojące sygnały ze strony drugiego człowieka, aby pomóc mu na czas. Oprócz tego, jest to też po prostu historia o pięknej przyjaźni i miłości, które należy pielęgnować i szanować, bo one dają największe szczęście. „Miłość za wszelką cenę” to powieść, która przez długi czas zostaje w pamięci.

Tekst jest oficjalną recenzją dla portalu LubimyCzytać :)

07 lutego, 2017

Stosy styczniowe

Hej! Już dawno nie pokazywałam Wam moich książkowych zdobyczy, a sama bardzo lubię takie posty, dlatego pora to zmienić. Poniżej możecie zobaczyć tytuły, które przybyły do mnie w styczniu i w pierwszych dniach lutego. 

1. Sigrid - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar
2. Naznaczeni śmiercią - egzemplarz finalny od Wydawnictwa Jaguar - książkę recenzowałam już na blogu przedpremierowo - RECENZJA
3. To, co najważniejsze - egzemplarz recenzencki od Burda Książki
4. Assasin's Creed - od AIM Media
5. U4. Yannis - egzemplarz od Wydawnictwa Polarny Lis 
6. U4. Stephanie - j.w.
7. Bezkres magii - egzemplarz od Wydawnictwa Mag - recenzja jest już na blogu - RECENZJA

8. Harry Potter i Komnata Tajemnic (wydanie ilustrowane) - egzemplarz od Wydawnictwa Media Rodzina, a zarazem mój początek współpracy z tym wydawnictwem :) RECENZJA
9. Willow - od Księgarni PanTomasz
10. Gracz - od Wydawnictwa Kobiecego - właśnIe czytam, więc recenzja pojawi się w najbliższym czasie.
11. Promień rażenia - od Wydawnictwa Literackiego
12. Pragnienie - j.w.
13. Xięgi Nefasa - od Wydawnictwa Znak

Ten stosik w całości pochodzi od Lubimy Czytać, którego oficjalną recenzentką zostałam w sierpniu ubiegłego roku :) 
14. Pieśń królowej
15. Outliersi
16. Jak gdybyś tańczyła
17. Jak płatki śniegu...
18. Margo
19. Coś o Tobie i coś o mnie
20. Biała
21. Seks i orzeszki
22. Perfekcyjne
23. W spojrzeniu wroga 
24. W sercu światła
25. P.S. I like you
26. Sama się prosiła



Widzicie coś dla siebie? Czytaliście już może niektóre pozycje i możecie je polecić/odradzić? Dajcie mi znać w komentarzach! :)

05 lutego, 2017

Harry Potter i Komnata Tajemnic (wydanie ilustrowane) - J.K. Rowling


W listopadzie miałam przyjemność zrecenzować pierwszą część nowego wydania Harry'ego Pottera z ilustracjami Jima Kaya. Dziś ponownie mogę pozachwycać się jego dziełami, bo jestem świeżo po lekturze drugiego tomu przygód czarodzieja. Chyba nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że od kilkunastu lat jestem niezmiennie w tej serii zakochana i wszelkie gadżety, czy nowe wydania książek, a już w szczególności tak piękne, są dla mnie czymś niezbędnym w mojej biblioteczce. W związku z tym, powoli kolekcjonuję kolejne tomy historii o Chłopcu, Który Przeżył. Powrót do znanych mi już bohaterów i miejsc wiąże się ze wspaniałymi wspomnieniami i mimo, że większość wątków i ich rozwiązań znam na pamięć, to za każdym razem odkrywam w tych książkach coś nowego. Wydania wzbogacone o ilustracje Jima Kaya dają mi świetną możliwość poszerzania swojej wyobraźni i horyzontów, ukazując mi nowe spojrzenie na całą historię. 


Nigdy nie ufaj niczemu i nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg.

W „Harrym Potterze i Komnacie Tajemnic” młody czarodziej ma już za sobą pierwszy rok w Hogwarcie i niecierpliwie oczekuje powrotu do szkoły. Wakacje spędza u swojej mugolskiej rodziny, która traktuje go wyjątkowo podle. Chłopiec z utęsknieniem czeka na wrzesień, a nie ułatwia mu tego brak jakiegokolwiek listu od jego szkolnych przyjaciół. Pewnego dnia, kiedy Harry siedzi zamknięty w swoim pokoju i ma absolutny zakaz opuszczania go, na jego łóżku pojawia się Zgredek - domowy skrzat. Ostrzega on chłopca przed powrotem do Hogwartu i w kolejnych dniach zdecydowanie mu to utrudnia... Harry'emu udaje się jednak dotrzeć do szkoły, doświadczając po drodze wielu mniej lub bardziej niebezpiecznych przygód. Na miejscu okazuje się, że Zgredek nie ostrzegał go bezpodstawnie. W Hogwarcie dzieją się niepokojące rzeczy - ktoś otworzył Komnatę Tajemnic, w której według legendy mieszka potwór. W dodatku kolejni uczniowie zostają zaatakowani i spetryfikowani. Harry nie ma jednak zamiaru opuszczać szkoły i razem z przyjaciółmi rozpoczyna śledztwo. 

W tym tomie J.K. Rowling postawiła już w stu procentach na akcję. Tak, jak w „Kamieniu filozoficznym” potrzebna była ekspozycja i wprowadzenie w czarodziejski świat, tak w tej części autorka mogła pozwolić sobie na mocne rozwinięcie historii i skupienie się na dynamicznych wydarzeniach. Główny wątek jest poprowadzony naprawdę fantastycznie - doskonała intryga, budowanie napięcia, stopniowe odkrywanie elementów układanki i zaskakujący finał. Nie brakuje tu również wybornego humoru, który fundują czytelnikowi głównie postaci Freda i George'a. Ale akurat nie oni w tej części kradną moje serce, bo głupkowaty Gilderoy Lockhart i uroczy Zgredek to zdecydowanie gwiazdy, jeśli chodzi o bohaterów „Komnaty Tajemnic”

„Dla Freda i George'a był to jeszcze jeden powód do wygłupów. Zdarzało się, że szli przed Harrym korytarzami, wołając: - Przejście dla dziedzica Slytherina, potężnego czarnoksiężnika! Percy był wyraźnie zgorszony takim zachowaniem. - To wcale nie jest powód do śmiechu - skarcił ich za którymś razem. - Zjeżdżaj, Percy - odpowiedział Fred - Harry się spieszy. - Tak, zasuwa do Komnaty Tajemnic na filiżankę herbaty ze swoim jadowitym sługą.”


„Harry Potter i Komnata Tajemnic. Wydanie ilustrowane” to kolejna przepięknie wydana część serii o młodym czarodzieju. Jim Kay podobnie, jak w „Kamieniu filozoficznym” ozdobił powieść nie tylko wieloma ilustracjami dużego formatu, ale pojawiają się także mniejsze rysunki okalające tekst i po prostu zdobne tła każdej ze stron. Książka wydrukowana jest na świetnej jakości śliskim papierze, ze śliczną twardą oprawą i dodatkową obwolutą. Myślę, że miłośników tej serii wcale nie muszę zachęcać do sięgnięcia po tę powieść, a tym, którzy jeszcze nie czytali - ogromnie polecam i właśnie szczególnie w tych wydaniach ilustrowanych przez Jima Kaya. Nie dość, że jest to wspaniała literacka przygoda, to jeszcze ogromnie miła dla oka podróż po czarodziejskim świecie!

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Media Rodzina

04 lutego, 2017

Księga snów - Nina George

Autor: Nina George
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 424

„[...] może wszyscy jesteśmy tylko historiami, które właśnie ktoś czyta i może to ratuje nas przed ostatecznym zapomnieniem?”



„Księga snów” to trzecia powieść autorstwa Niny George, pisarki, której twórczość naznaczona jest w dużej mierze jej osobistymi przeżyciami. Kobieta straciła ojca, a zarazem najlepszego przyjaciela, doradcę i połówkę rodzinnej drużyny George. Jak sama pisze, jego śmierć zupełnie ją odmieniła. Doświadczyła strachu przed utratą bliskiej osoby, strachu przed tym, że i ona kiedyś umrze. To właśnie refleksje na temat życia i śmierci zainspirowały ją do napisania „Lawendowego pokoju”, „Księżyca nad Bretanią” i wreszcie „Księgi snów”. Ta ostatnia ma zamykać cykl powieści, w których autorka zajmuje się problemem nieskończoności. Kolejne jej książki mają dotyczyć już nie śmierci, ale życia. 

„Tata poradził mi, żebym wchodząc do latarni morskiej, nigdy nie patrzyła na wszystkie schody, tylko na pierwszy stopień. A potem powoli pięła się w górę. 
- W ten sposób zawsze sprostasz wyzwaniom, które na początku wydają ci się zbyt wielkie. Wtedy wszystko ci się uda. 
Zmniejsz świat, bądź bardziej precyzyjna, nie myśl o rozciągającej się przed tobą długiej nocy, tylko o kolejnym momencie. Tak mówił.”

Jednym z głównych bohaterów „Księgi snów” jest czterdziestopięcioletni korespondent wojenny - Henri Malo Skinner, który na samym początku powieści ulega poważnemu wypadkowi podczas próby ratowania tonącej dziewczynki. Mężczyzna zapada w śpiączkę i przez kilkadziesiąt dni pozostaje w szpitalu. Odwiedza go tam jego syn, Sam, który nigdy wcześniej nie poznał swojego ojca. Henri bowiem nie związał się z jego matką, a chłopiec rozpaczliwie chciał się z nim wreszcie zobaczyć. Kiedy już miało to nastąpić, wspomniany wypadek uniemożliwił Samowi spotkanie się z ojcem. Czuwa on przy jego łóżku codziennie i dzielnie czeka na moment, w którym będzie mógł z nim pierwszy raz porozmawiać. W międzyczasie zaprzyjaźnia się z Eddie, kobietą, która niegdyś była partnerką Henriego, a także poznaje Maddie, dziewczynkę, która podobnie jak jego ojciec jest „zawieszona pomiędzy światami”. Henri natomiast śni przeróżne sny, poznaje alternatywne wizje swojego życia i podróżuje po krainach, które znajdują się pomiędzy życiem a śmiercią. Czy uda mu się znaleźć odpowiednie wyjście z tej przedziwnej rzeczywistości i spotkać się z synem? 

„Księga snów” to powieść, której czytanie było dla mnie niezwykłą literacką przygodą. Jest to historia, która rozgrywa się na wielu płaszczyznach, z czego wyróżnić mogę dwie ogólne - pierwsza z nich to teraźniejszość, to, co dzieje się tu i teraz, kiedy Henri leży w szpitalu, a Sam i Eddie prowadzą swój normalny tryb życia, a druga to to, co dzieje się w umyśle Henriego - jego podróże po krainach pomiędzy życiem a śmiercią, retrospekcje jego przeszłości, momenty deja vu, różne warianty jego życia na podstawie podejmowanych decyzji, a także po prostu marzenia i tęsknoty. Te elementy oniryzmu dodają całej historii baśniowości, czegoś magicznego, ulotnego, wyjątkowego. Temat śmierci nigdy nie jest tematem łatwym, ale dzięki takim zabiegom czyta się o nim zdecydowanie przyjemniej. Myślę, że wszyscy boimy się tego, co jest po drugiej stronie, tej wielkiej niewiadomej, a Nina George w bardzo fajny sposób wychodzi na przeciw tym obawom i pokazuje rzeczywistość bajkową, wcale nie tak straszną, jak mogłoby się wydawać. 

„Często zapominamy, że luzie bardzo poważnie chorzy mają swoje życie. Do naszej klasy chodził taki chłopak, Timothy, zachorował na raka i w ciągu roku zmarł. Wszyscy kiedy go wspominają, mówią tylko o tym, jaki był dzielny jakby chorowanie na raka było pracą na pełny etat. Nikt nie pamięta o tym, że poza Timothy najlepiej ze wszystkich skakał do basenu na bombę i że kiedyś zdjął kotka z drzewa. Dlatego próbuję widzieć w tacie kogoś więcej niż tylko żywego umarłego.”

Nie jest to powieść z pędzącą akcją, w której jedno wydarzenie goni drugie i fabuła jest niezwykle dynamiczna. Wręcz przeciwnie - „Księga snów” to historia bardzo nastrojowa, spokojna, subtelna, podczas czytania której ma się wrażenie, że świat nagle kilkukrotnie zwolnił. A pomimo tego, jest niezwykle wciągająca. Czytelnik natychmiast przywiązuje się do bohaterów i pragnie coraz lepiej ich poznawać, dowiadywać się więcej o ich przeszłości, kibicuje im w dążeniu do celów. Tym bardziej, że większość postaci w tej książce to osoby naprawdę inteligentne, dojrzałe, których przemyślenia i wypowiedzi wielokrotnie zmuszają do refleksji, a także przydają wzruszeń. 

„Księga snów” to faktycznie książka o śmierci, o zawieszeniu pomiędzy światami, o nieskończoności i przemijaniu. Ale to także, i może nawet przede wszystkim, książka o życiu. O tych ulotnych chwilach i nie zawsze słusznych wyborach, o miłości i przyjaźni, o rodzinie i przebaczaniu. Nina George porusza tematy bardzo delikatne, ale jakże uniwersalne i ważne dla każdego człowieka. „Księga snów” to pozycja wyjątkowa, wywołująca mnóstwo refleksji i pełna pięknych, mądrych, życiowych myśli. Polecam serdecznie każdemu, kto jeszcze się waha, czy po nią sięgnąć. Naprawdę warto. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Otwartym